Blog

Na krawędzi widelca – spowiedź bulimiczki.

Kolejna już – po Zapleczu – książka o zaburzeniach odżywiania, o której chciałabym napisać kilka słów. Poleciła mi ją pacjentka z czego bardzo się cieszę, bo jej wydanie jakoś umknęło mojej uwadze w ostatnich latach. Do jej czytania podeszłam głównie z zamiarem lepszego zrozumienia osób, które zmagają się z problemem, przez który nie przeszłam osobiście, a więc z bulimią i pod tym względem się nie zawiodłam.

Na ponad 300 stronach Natalia Krzesłowska opisała dokładnie (w końcu spowiedź w tytule zobowiązuje) swoje życie z bulimią, depresją i samookaleczaniem. Każdemu z tych zjawisk jest poświęcony osobny rozdział, przez co konkretne wydarzenia i myśli powtarzają się kilkukrotnie w trakcie lektury i czasem wprowadzają mały chaos, ale z drugiej strony dzięki temu można łatwo wrócić do wybranego, konkretnego rozdziału poświęconemu interesującemu nad problemowi. Bardzo duża część tekstu nie to tyle co opis wydarzeń i postępującej choroby, co analiza własnych odczuć i próba odszukania przyczyny destrukcyjnych zachowań. Ogromnie doceniam szczerość i odwagę, których wymagało zwierzenie się z bardzo intymnych problemów i krytyczne spojrzenie na własne postępowanie, nie tylko związane stricte z jedzeniem, ale też m.in. z tworzeniem relacji międzyludzkich. Dodatkowo jest to dość ciekawy opis przypadku, w którym nie pojawia się jeden z najczęściej występujących czynników prowadzących do zaburzeń odżywiania. Sama przez pół książki zastanawiałam się, skąd nagle ta depresja, skąd epizod anoreksji?

Co najważniejsze dla wszystkich, którzy nadal zmagają się z zaburzeniami odżywiania, ta historia daje nadzieję i konkretne – mniej lub bardziej oczywiste – wskazówki, które mogą być pomocne w powrocie do zdrowia. Szczerze mówiąc, niektóre z nich sama próbuję wdrażać, żeby poprawiać najważniejszą relację w moim życiu, czyli relację z samą sobą. A bez tego ani rusz! Proces wychodzenia z ED – jeśli ma być trwały – powinien postępować równolegle z nauką akceptacji swojego ciała. Bardzo ważna kwestia, która również zostaje poruszona to przyjęcie swojego zdrowia za priorytet. W dalszym ciągu ciężko wielu Polakom zaakceptować, że praca, nauka i pieniądze NIE SĄ ważniejsze niż skupienie się na leczeniu. I choć wiadomo, że nie w każdej sytuacji można sobie pozwolić na kompletną i kosztowną terapię lub rezygnację z pracy, zawsze pozostaje nam możliwość dysponowania własnym czasem i tymi pieniędzmi, które możemy wykorzystać.

Jeśli zatem dotyczy Was którykolwiek z opisywanych w książce problemów, lub potrzebujecie pomocy w zrozumieniu, jak pomóc osobie bliskiej – warto poświęcić trochę czasu i przebrnąć przez całość.



Sankt Petersburg na własną rękę

Petersburg od wielu lat okupował szczyt mojej listy miejsc, które chciałam zobaczyć. Było kilka podejść, ale za każdym razem okazywało się, że potencjalni towarzysze podróży się wykruszali, więc ostatecznie stwierdziłam, że nie ma co marnować czasu i poleciałam sama w wielki świat. Jeśli Wam również marzy się Wenecja Północy, ale tak jak ja gubicie się nawet w galeriach handlowych, zawsze na wszelki wypadek odpalacie dwie odrębne nawigacje, a schematy komunikacji miejskiej to dla Was plątanina kolorowych kresek i cyferek – przeczytajcie koniecznie. W tekście pojawiają się nazwy konkretnych firm, ale niestety nikt mi za reklamę nie zapłacił. Wszystkie moje rady płyną prosto z serca, żeby pokazać, co się sprawdza u mnie.

Od czego zacząć – wiza i bilety

O tym, że do Rosji potrzeba wizy, chyba wiedzą prawie wszyscy. O tym, że jest pieruńsko droga – trochę mniej osób. Najpopularniejszy wariant to wiza turystyczna 30-dniowa na jeden wjazd. Koszt… (badum tsss…) ok. 450 zł. Ja jako osoba leniwa zawsze korzystam z usług biura wizowego Tamara w Gdańsku. Będzie to pomocne zwłaszcza dla tych, którzy sami nie poradzą sobie z wypełnieniem wniosku wizowego. Za pośrednictwo płacę około 50-80 zł, a omijam stanie w kolejkach do ambasady. W biurze wizowym dodatkowo można wykupić ubezpieczenie w towarzystwie akceptowanym przez władze Rosji przy wydawaniu wiz. Szczerze mówiąc, zawsze traktuję to po prostu jako jeden z koniecznych papierów i zawsze dodatkowo ubezpieczam się porządnie i od wszystkiego we własnym zakresie w Warcie (z kodem 48139 macie 10% zniżki na ubezpieczenia podróżne na https://online.warta.pl/ i przy okazji wesprzecie agencję ubezpieczeniową mojej mame, więc wiecie, co robić!). Do wizy są też potrzebne standardowe zdjęcia en face. Jeśli nie wyjdziecie na nich jak ziemniak albo ewentualnie przestępca, możecie nie przejść kontroli granicznej. Generalnie za wszystkie formalności polecam zabrać się minimum 3 tygodnie przed podróżą.

W kwestii podróży jestem równie wygodnicka i najbardziej lubię połączenia lotnicze, bez żadnych przesiadek. Podczas obu wyjazdów korzystałam z połączenia LOTu Warszawa – Petersburg. Ceny mocno wahają się w zależności od daty. Najdrożej jest na przełomie czerwca i lipca, kiedy wszyscy zlatują się podziwiać słynne białe noce (nie dla psa kiełbasa, więc ja załapałam się tylko na ich namiastkę). Niemniej jednak trzeba przygotować się na wydatek około 1000 zł (chyba, że zdecydujecie się na opcję bez dużego bagażu, której to zdecydowanie nie polecam – dlaczego? o tym później) + ewentualny dojazd do Warszawy.

Zakwaterowanie

Wiza wyrobiona, bilety kupione? Czas na wybór miejsca do spania. Ponieważ jechałam w pojedynkę, miałam nadzieję znaleźć pokój w hostelu lub tanim hotelu, ale koniecznie wyposażony we własną łazienkę. Okazało się to zadaniem niemożliwym i ostatecznie wylądowałam w pokoju dwuosobowym. Hostel, w którym mieszkałam (dwa razy w tym samym miejscu) to Petersburska sieciówka, zlokalizowana w kilku miejscach, w tym przy Newskim Prospekcie, czyli najważniejszej ulicy w mieście. Ja wybrałam ten zlokalizowany przy ulicy Kamiennoostrovskiy Prospekt. Znajduje się minutę drogi od stacji metra, a w okolicy jest całodobowy market, apteka, która kilkukrotnie ratowała mi życie, pierogarnia, McDonalds i kawiarnia. Jak na hostel warunki były fantastyczne, a obsługa przemiła, więc z czystym sumieniem polecam Wam tę miejscówkę. Co do cen – w czerwcu płaciłam 144 zł/dobę, a we wrześniu było już 50% taniej. Obłożenie jest tam bardzo duże, więc im wcześniej zarezerwujecie, tym lepiej.

Przygotowania do podróży

Przede wszystkim – Petersburg to miasto deszczu. Jeśli na wakacjach chcecie grzać się w słońcu – wybierzcie inny kierunek. Typowe powiedzonko mówi: „- Od dawna pada w Petersburgu? – Od 1703 roku”.

Żeby wydrukować zdjęcie z Petersburga, nie potrzeba kolorowej drukarki
Prawdziwy mieszkaniec Petersburga rozpoznaje do 1000 odcieni szarości.

Pogoda zmienia się dosłownie co 10 minut, więc zawsze najlepiej mieć przy sobie płaszcz przeciwdeszczowy lub parasol. Nie oszczędzajcie też na bagażu i weźcie całą walizkę rzeczy na każdą możliwą sytuację. Pierwszego dnia noc była tak ciepła, że nocą chodziłam w samej sukience, za to już następnego dnia marzłam w zimnym deszczu, w 11 stopniach. Na wrześniowy wyjazd wzięłam ze sobą płaszcz wiosenny i zimowe futro. Radzę też uważać z rozkloszowanymi spódniczkami, bo przy tamtejszych wiatrach można skończyć jak Marilyn Monroe w Słomianym Wdowcu. Typowy dzień wygląda tak:

Państwo na zdjęciu prezentują najnowszy trend, czyli dobór outfitu pod kolor nieba. Na drugim planie Sobór Kazański.

Jeśli macie legitymację studencką – również koniecznie ją weźcie, bo w niektórych miejscach uprawnia do zniżek.

Lotnisko, dojazd do centrum i komunikacja

Powiem szczerze, że przerażają mnie lotniska. Ale w porównaniu np do takiego londyńskiego Stansted, petersburskie Pulkovo jest naprawdę przyjemne. Uwaga! Podczas kontroli granicznej lub jeszcze na pokładzie samolotu dostaniecie świstek papieru, tzw. kartę migracyjną – pilnujcie go jak oka w głowie, bo bez niego będą problemy z powrotem do domu! Z lotniska jest jedno główne wyjście, tuż pod którym co kilka minut zatrzymuje się autobus, który dojeżdża do stacji metra Moskovskaya (to końcowy przystanek, więc trudno go przegapić). Bilet kupuje się w środku, u tzw. Pani Autobusowej. Po prostu czekacie, aż do Was podejdzie, dajecie jej ruble i dostajecie bilet. Uwaga! Są panie mniej i bardziej miłe: raz również mój bagaż był zobowiązany do kupienia biletu. Dobrze jest też zapłacić drobnymi, bo mogą pojawić się komplikacje z wydaniem reszty. Ja zawsze już na lotnisku kupuję rosyjską kartę SIM, więc tym sposobem rozmieniam banknoty z kantoru. Karta z dużym pakietem internetu kosztuje około 20-30 zł i uważam, że jest to obowiązkowe wyposażenie każdego nieogarniętego podróżnika. W drodze z lotniska możecie zacząć wypatrywać luksusowych lub po prostu ciekawych samochodów, których po Petersburgu jeździ naprawdę sporo.

Na stacji metra najlepiej kupić kartę naładowaną na 10 przejazdów. 1 przejazd to jedna wycieczka w podziemia, niezależnie od tego, ile razy w międzyczasie będziecie się przesiadać lub jeździć sobie w jedną i w drugą stronę. Metro kursuje co około 2 minuty i dojeżdża prawie wszędzie. Dodatkowo możecie popodziwiać wiele pięknych stacji. Generalnie po mieście poruszałam się jedynie metrem, pieszo i w chwilach lenistwa Uberem, który kosztuje tam śmieszne pieniądze, ale w ciągu dnia jest mało wygodny ze względu na duże korki. Jednak jest też spora ilość linii autobusowych i marszrutek, jednak oznaczenia przystanków i rozkłady jazdy bywają – powiedzmy – zagadkowe.

Stacja Admiralteyskaya

Niezależnie od tego, czym się poruszacie – koniecznie zwracajcie szczególną uwagę na to, po jakiej stronie kanału powinniście się znaleźć. Petersburg jest poprzecinany kanałami i mostami. Problem w tym, że ulice po obu ich stronach mają zwykle tę samą nazwę. W rezultacie nie raz zdarzyło mi się zawracać pół kilometra, bo szukałam czegoś nie na tym nabrzeżu, na którym powinnam. Mapy Google nie zawsze są pomocne, bo też czasem wariują w tych okolicach.

Zwiedzanie

Tak naprawdę prawie cały Petersburg jest piękny i warty obejścia na piechotę. Setki razy przystawałam w niby zupełnie zwykłym miejscu i odkrywałam przepiękne bramy albo elewacje. W ostateczności po prostu typowo rosyjskie „smaczki”, o takie np.:

Go hard like Vladimir Putin

O głównych zabytkach na pewno poczytacie na każdej stronie poświęconej temu miastu i w każdym przewodniku, więc nie będę wymieniać wszystkich. Wstęp do większości miejsc kosztuje mniej więcej 15-25 zł, praktycznie wszędzie są cenniki również w języku angielskim. Przed wybraniem się w konkretne miejsce zawsze polecam sprawdzić, czy na pewno jest danego dnia i o danej godzinie otwarte, bo można być niemile zaskoczonym. Przy zwiedzaniu cerkwi pamiętajcie o długiej spódnicy/spodniach i nakryciu głowy. W niektórych przy wejściach są specjalne kosze z „fartuszkami” i chustami dla zapominalskich. Nie radzę nie przestrzegać tych reguł, bo pilnujące cerkwi babuszki tylko czekają, żeby zabić wzrokiem.

Moim ulubionym miejscem w Petersburgu jest Ogród Letni (Letniy Sad), czyli przepiękny, carski park (tak kocham jedną z tamtejszych fontann, że w swoim mieszkaniu podłogę mam „w szachownicę”, żeby mi się z nią kojarzyła). Na jego zwiedzanie najlepiej wybrać w miarę słoneczny dzień, wtedy robi prawdziwie bajkowe wrażenie. Nocą też jest ciekawie, ale ponieważ nie ma żadnego oświetlenia, nie polecam tej opcji na pierwsze wejście. Wstęp jest bezpłatny.

Po całym Ogrodzie rozrzucone są rzeźby w stylu antycznej Grecji.

Innym ogrodem, który warto odwiedzić jest Ogród Botaniczny przy ulicy Professora Popova. Z moim szczęściem trafiłam na zamknięte oranżerie, ale całość i tak ma typowo rosyjski urok (czyli tak jakby pałacowo, na bogato, ale jednak czasem przebija ruina i ZSRR).

Jednym z najbardziej znanych miejsc jest muzeum Ermitaż. Na jego zwiedzanie polecam zaplanować z wyprzedzeniem cały dzień i z samego rana lecieć ustawić się w kolejce całkiem przypominającej te PRL-owskie. Uważajcie, żeby ustawić się w odpowiednim ogonku. Są osobne dla osób kupujących bilety w kasie i osobne dla osób z biletami internetowymi lub kupionymi w automatach. Niestety bilety zniżkowe oraz darmowe (np. dla studentów z całego świata) można odebrać tylko i wyłącznie w kasie. Ja czekałam około 3 godzin w kolejce do wejścia do budynku, a potem kolejne 30 minut w kolejce do kasy. Było 12 stopni, ja miałam cienki płaszcz, wiał zimny wiatr, co chwilę siąpił deszcz i miałam ochotę rzucić to wszystko i wrócić do hostelu. Na szczęście wytrwałam i mogę stwierdzić, że dzięki temu zobaczyłam najpiękniejsze wnętrza, jakie według mnie istnieją. Ze wzruszenia i przytłoczenia ogromem carskiego przepychu pociekło mi nawet kilka łezek. Samo obejście Ermitażu zajmuje parę godzin. To jak chodzenie po niekończącym się pałacowym labiryncie.

Dużo mniejszy, zdecydowanie mniej oblegany, ale równie piękny jest Pałac Marmurowy przy ulicy Milionnej oraz Pałac Jusupowych.

Obowiązkowe punkty wycieczek to też Sobór Kazański i Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (Spasa na Krowi, z charakterystycznymi kolorowymi, zdobionymi kopułami).

Z niestandardowych miejsc polecam Smoleński Cmentarz Prawosławny (Kamskaya 26). Warto przespacerować się przez jego starą część.

Miłośnikom kotów spodoba się też kocia kawiarnia Soulmate (Naberezhnaya reki Fontanki 51-53). Płaci się w niej za czas przebywania, a wszystkimi herbatami i ciastkami można częstować się do woli. Jest też pianino, które osobiście przetestowałam.

Kolejne miejsce, które po prostu trzeba zobaczyć to zespół pałacowo-ogrodowy w miasteczku Peterhof. Dojazd marszrutkami albo kolejką podmiejską ze stacji metra Baltiyskaya.

Jedzenie

Ceny jedzenia są zbliżone do tych w Polsce, może trochę wyższe. Mają rewelacyjny serek wiejski i coś, czego u nas nie znajdziecie, a czym zajadałam się praktycznie codziennie, czyli rjażenkę. To taka gęsta, kremowa, mniej kwaśna maślanka.
Restauracji i barów mlecznych jest bardzo dużo, ale niestety w większości jest problem z opcjami wegetariańskimi, a tym bardziej wegańskimi.

Z lokali na pewno warto wybrać się do Syrnika (Kamiennoostrovskiy Prospekt 47), w którym macie do wyboru same dania z serem w różnej postaci. Ja wybrałam zupę z gorgonzoli z krakersami – sztos nad sztosy.

Jeden z głównych punktów moich wycieczek to oczywiście lody. Lodowe róże można kupić w Gelateria Di Neve. Mają swoje stanowiska w dwóch miejscach, szczerze polecam te pod adresem Zanevskiy Prospekt 67. Znajduje się w centrum handlowym i dużo łatwiej do niego trafić. Wybór smaków nie jest powalający, ale zdarzają się bardzo ciekawe (np. o smaku białych grzybów – dziwne doświadczenie). Z lodów sklepowych spróbujcie klasycznego Plombiru, czyli śmietankowych lodów w wafelku.

Bezpieczeństwo

Nie spotkała mnie żadna przykra sytuacja. No może oprócz tego, jak zaklinowałam się z walizką w bramce przy wejściu do metra, a panowie policjancie się ze mnie śmiali, zamiast mi pomóc. Tak jak niestety chyba wszędzie, wieczorami zdarzają się jedynie zaczepiający, podchmieleni panowie. Za to za nic w świecie nie zdecydowałabym się tam na wypożyczenie samochodu, bo to, co dzieje się na ulicach zdecydowanie by mnie przerosło. Rosjanie jeżdżą jak chcą, parkują gdzie chcą, nadużywają klaksonów, wymuszają pierwszeństwo, a często nawet nie mają w zwyczaju przepuszczać pojazdów na sygnale. Uroku dodaje fakt, że są samochody, które poruszają się połatane np. zwykłą przezroczystą taśmą. Czasami ewentualnie izolacyjną. Za to folią spożywczą zabezpiecza się samochody uszkodzone.

Czy trzeba znać rosyjski?

Nie ukrywam, że znajomość angielskiego wśród przeciętnych Rosjan nie jest zbyt dobra. Jednak z racji tego, że to duże, turystyczne miasto, wiele restauracji i innych obiektów posiada menu, cenniki i informacje w tym języku. Niemniej jednak myślę, że warto opanować chociażby sztukę czytania cyrylicy, żeby łatwiej poruszać się po mieście. Mieszkańcy Petersburga są też w większości mili i pomocni, a kiedy słyszą, że obcokrajowiec mówi po rosyjsku, są wręcz zafascynowani, od razu pytają skąd, po co i dlaczego sama.

Jeśli zdecydujecie się kiedyś wybrać do mojego ukochanego miasta, pochwalcie się zdjęciami! A w razie pytań – piszcie śmiało, postaram się pomóc.

Monaster Smolny, najładniejszy nocą.
Na mostach często można poczuć się jak podczas huraganu.


Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


Wegańskie ciasteczka marchewkowe

Kolejne proste do zrobienia wegańskie ciasteczka. Tym razem głównym składnikiem jest marchewka, której zawdzięczają swoją mięciutką strukturę. Używając bezpiecznych płatków, proszku do pieczenia i zamieniając mąkę, możecie przygotować wersję bezglutenową.

Na około 15 ciasteczek:

  • 2 duże marchewki
  • 1 średni banan
  • 1,5 łyżki oleju (np. rzepakowego lub słonecznikowego)
  • 2 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • 8 łyżek płatków owsianych
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Marchewki ścieramy na tarce o małych oczkach. Banana rozgniatamy widelcem. Wszystkie składniki miksujemy. Łyżką nakładamy porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Po ostudzeniu delikatnie zdejmujemy z blachy.

1 ciasteczko zawiera:

  • 36 kcal
  • 0,85 g białka
  • 0,4 g tłuszczu
  • 7,8 g węglowodanów


Ciasteczka z komosy ryżowej

Miękkie, czekoladowe ciasteczka z komosy ryżowej. Nie tylko wegańskie, ale i bezglutenowe (jeśli oczywiście użyjecie bezpiecznych płatków owsianych i proszku do pieczenia). Przepis (z moją małą modyfikacją) pochodzi z książki Łowcy Smaków – Cztery Pory Roku.

Na około 15 ciastek:

  • 50 g komosy ryżowej
  • 40 g masła orzechowego (ok. 2 łyżki)
  • 2 łyżki syropu daktylowego/z agawy/klonowego
  • 1 duży banan, obrany i pokrojony w kawałki
  • 2 łyżki kakao
  • 1,5 łyżki płatków owsianych
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropli soku z cytryny

Komosę płuczemy na sicie i gotujemy w dwukrotnie większej ilości wody. Odstawiamy do ostudzenia, a następnie miksujemy z resztą składników. Masa będzie dość rzadka.

Łyżką nabieramy porcje masy i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 175 stopniach przez około 20 minut. Po upieczeniu czekamy, aż całkowicie wystygną i zdejmujemy z blachy.

Wartość odżywcza

1 ciasteczko zawiera:

  • 50 kcal
  • 1,3 g białka
  • 1,6 g tłuszczu
  • 2,5 g węglowodanów

Jak zacząć uczyć się rosyjskiego?

Zawsze podkreślam, że znalezienie i wcielanie w życie swoich pasji jest jednym z ważniejszych elementów procesu wychodzenia z zaburzeń odżywiania. W moim przypadku jedną z nich była nauka przepięknego języka rosyjskiego. Jeśli kiedykolwiek myśleliście sobie, że fajnie byłoby znać te dziwne literki zwane cyrylicą, a z kultowych piosenek t.A.T.u. rozumieć coś więcej, niż „nas nie dagoniat”, a póki co nie możecie sobie pozwolić na naukę pod okiem nauczyciela, ten tekst jest dla Was.

Kup zeszyt w 3 linie i naucz się cyrylicy

Tęsknisz czasem za pisaniem w zeszycie z 3 liniami, jak za czasów pierwszej klasy podstawówki? Masz fantastyczną okazję przenieść się do tamtych beztroskich chwil, ponieważ de facto czeka cię nauka pisania zupełnie od nowa. W internecie z łatwością znajdziesz cyrylicę i odpowiadające jej polskie litery, więc do tego kroku nie potrzebujesz nawet żadnego podręcznika. Początki są najtrudniejsze, więc nie zrażaj się, jeśli nie wciąż będziesz zapominać, że rosyjskie „r” wygląda dokładnie jak nasze „p”, a „u” jak nasze „y”. Z czasem w mózgu wykształci ci się przełącznik, który będzie pozwalał szybko przestawić się w tryb czytania i pisania w cyrylicy. Pisz, co tylko wlezie – zapisuj cyrylicą swoje imię, nazwisko, imię kota, psa i wszystko co tylko przyjdzie ci do głowy. Uwaga – litery drukowane i pisane czasem znacząco się różnią. Jeśli poniższy obrazek nie ostudził twojej woli walki, przejdź do następnego punktu. 🙂

Przygotuj materiały

Wybór kursów do nauki rosyjskiego jest wystarczający, żeby wybrać coś, co nam najbardziej odpowiada. Wydaje mi się, że moim pierwszym zakupem był kurs z płytami audio. Wymowa w nauce rosyjskiego jest niesamowicie ważna, więc polecam wydania z płytami. Zwracajcie również uwagę na to, czy w słowach zaznaczony jest akcent, który w przypadku rosyjskiego jest ruchomy i złe zaakcentowanie słowa może zmienić jego znaczenie: w rezultacie, zamiast „ja płacę” powiecie „ja płaczę”, a zamiast „uczę się pisać” – „uczę się sikać”. 🙂

Oprócz tego wrzuciłam do internetu ogłoszenie, że przyjmę wszelkie materiały do nauki tego języka. Dość szybko zgłosiła się pani, która obdarowała mnie całą siatką podręczników i czytanek z czasów szkolnych moich rodziców, kiedy to rosyjski był obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Tego typu starsze materiały również są bardzo przydatne. Należy jedynie pamiętać, że aktualnie nie nazywamy już nikogo „towarzyszem”. 🙂

Wykorzystaj social media

Zamiast bezmyślnie scrollować Facebooka i Instagrama, zacznij obserwować konta poświęcone nauce rosyjskiego. Nawet jedno nowe słówko dziennie powiększa zasób leksykalny. Ze swojej strony polecam:

Chcesz szybko sprawdzić, gdzie pada akcent w jakimś słowie? Z pomocą przychodzi russiangram. Odmiana danego słowa przez przypadki? Wikislowar. Oczywiście w obu przypadkach przyda się zainstalowana rosyjska klawiatura. W przypadku smartfona korzystanie z niej jest prościutkie, w przypadku komputera polecam dokupić naklejki z literami, które przykleicie na klawisze. Life hack: ostatecznie zawsze zostaje wpisywanie słów w okienku google tłumacza.

Poszukaj native speakera

Śmiało mogę stwierdzić, że mam najlepszą na świecie nauczycielkę rosyjskiego. Do dzisiaj korzystam z prywatnych lekcji i uważam, że to najlepszy sposób na szybką i efektywną naukę. Warto wykorzystać fakt, że Polsce mieszka coraz więcej obywateli Białorusi (którzy oczywiście mówią po rosyjsku) i Ukrainy.

Obcuj z językiem

To akurat żadna niespodzianka. Nie ma lepszego sposobu nauki, niż po prostu codzienne użytkowanie języka. Odważnym polecam np. zgłoszenie się na przewodnika turystów ze wschodu poprzez Couchsurfing (uwaga: wiele osób z Rosji/Ukrainy/Białorusi dość słabo mówi po angielsku). Wolisz wariant luksusowy i nie przeszkadzają ci absurdalne ceny wiz? Pojedź do rosyjskojęzycznego kraju (uwaga nr 2: zachodnia Ukraina, m.in. Lwów nie jest rosyjskojęzyczna – tamtejsi ludzie w większości rozumieją rosyjski, ale niechętnie rozmawiają w tym języku).

Nie muszę też pewnie wspominać o słuchaniu rosyjskiej muzyki albo oglądaniu rosyjskiego YouTube’a. Od siebie polecam też rosyjskie memy, które przy okazji przybliżają realia życia w Rosji i poszerzają znajomość slangu. Oczywiście spora część z początku może być niezrozumiała (tak jak dla obcokrajowca chociażby nasze żarty z cebulą).

Wyposaż się w chusteczki

Przydadzą się do ocierania łez, kiedy dojdziecie np. do odmiany liczebników albo wkuwania, kiedy używamy biernika, a kiedy dopełniacza. Jak to powtarza moja pani nauczycielka – w rosyjskiej gramatyce nie ma co doszukiwać się logiki, bo po prostu jej tam nie ma. 🙂


Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem

Sycące, smaczne ciasteczka owsiane ze słonecznikiem, które przygotujecie w 35 minut. Z wierzchu lekko kruche, w środku przyjemnie mięciutkie.

Na 15 ciasteczek:

  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 0,5 szklanki łuskanego słonecznika
  • 0,25 szklanki mąki pszennej (w wersji bezglutenowej można zamienić np. na owsianą)
  • 50 g miękkiego masła
  • 1 jajo
  • 2 łyżki erytrytolu (można zamienić na cukier bądź miód)
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • garść suszonej żurawiny lub innych dodatków

Wszystkie składniki miksujemy. Wilgotnymi dłońmi formujemy kulki i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 25 minut w temperaturze 180 stopni.

1 ciasteczko w wersji z erytrytolem i żurawiną zawiera:

  • 89 kcal
  • 2,4 g białka
  • 5,1 g tłuszczu
  • 8,7 g węglowodanów


Kompulsywne jedzenie = uzależnienie od jedzenia?

W ostatnich latach coraz więcej mówi się o Binge Eating Disorder, czyli zaburzeniu polegającym na kompulsywnym jedzeniu. Bardzo często w tym kontekście mówi się o „uzależnieniu od jedzenia”. Ma to sens – według relacji wielu chorych zerwanie z napadami objadania się jest porównywane właśnie do próby rzucenia używek i wierzę na słowo, że jest to ekstremalnie trudne.

Co na temat takiej analogii mówi nauka? Ostateczne słowo jeszcze nie zapadło, ale badania wydają się potwierdzać związek między kompulsywnym jedzeniem a uzależnieniem od jedzenia.  Należy jednak pamiętać, że w dalszym ciągu pojęcia te nie są tożsame.

Yale Food Addiction Scale

Zarówno BED jak i uzależnienie od jedzenia stwierdza się na podstawie szeregu kryteriów. Kryteria diagnostyczne dla kompulsywnego objadanie znajdują się w DSM-V, czyli klasyfikacji chorób psychicznych. Jak za to stwierdzić, czy jesteśmy uzależnieni od jedzenia? W 2009 roku powstał tzw. Yale Food Addiction Scale – obszerny kwestionariusz oparty na diagnostyce uzależnień od substancji. W ostatnich latach powstała również jego zmodyfikowana wersja – YFAS 2.0, która została przetłumaczona i zwalidowana na kilka języków, m.in. francuski i niemiecki. Przyznam szczerze, że mimo 2 godzinnych poszukiwań nie znalazłam owej najnowszej wersji w języku angielskim (posiadam wersję francuską, więc jeśli mamy tu kogoś, kto zna dobrze ten język, chętnie przyjmę pomoc przy tłumaczeniu). Z tego co udało mi się wyczytać, wersja 2.0 zawiera jeszcze więcej pytań (łącznie 35) i 8 wariantów odpowiedzi. Niestety analiza odpowiedzi to nie proste dodawanie punktów – aby otrzymać ostateczny wynik, trzeba się trochę nagimnastykować. Jeśli uda mi się zdobyć angielską wersję, zagłębię się w materiały do interpretacji testu. Myślę jednak, że mogą Was zainteresować stwierdzenia, które znalazły się w pierwszej wersji. Poniżej znajdziecie więc moje luźne tłumaczenie niektórych z nich (łącznie jest ich 25). W większości powtarza się fraza „określone produkty” – twórcy kwestionariusza sugerują, że najczęściej zalicza się do nich słodycze, produkty mączne (pieczywo, makaron itd.), słone przekąski, fast foody i słodkie napoje.

  • Kiedy zaczynam jeść określone produkty, okazuje się, że zjadam więcej niż planowałem/am.
  • Kontynuuję spożywanie określonych produktów mimo tego, że nie czuję już głodu.
  • Jem aż do momentu, kiedy czuję się źle fizycznie.
  • Przez dużą część czasu czuję się zmęczony/a przejadaniem.
  • Zdarza mi się przez cały dzień ciągle jeść określone produkty.
  • Kiedy nie mam dostępu do określonych produktów, dołożę wszelkich starań, żeby je zdobyć.
  • Zdarzało mi się spożywać określone produkty tak często lub w tak dużych ilościach, że jadłem/am zamiast pracować, spędzać czas z rodziną i znajomymi, wypełniać ważne obowiązki lub oddawać się innym przyjemnościom.
  • Zdarzało mi się unikać sytuacji, w których były dostępne określone produkty, ponieważ bałem/am się, że zacznę się nimi objadać.
  • Odczuwam efekty odstawienia, takie jak podenerwowanie i niepokój, kiedy przestanę lub ograniczę jedzenie określonych produktów.
  • Przez jedzenie mam problemy związane z efektywnym funkcjonowaniem.
  • Moje objadanie się powoduje zauważalne problemy psychologiczne, takie jak depresja, lęki, wstręt do samego siebie i poczucie winy.
  • Zauważyłem/am, że wraz z upływem czasu potrzebuję coraz większych ilości jedzenia, żeby osiągnąć uczucie, do którego dążę (np. zredukowanie negatywnych emocji)
  • Chciałbym/chciałabym przestać jeść lub ograniczyć jedzenie określonych produktów.

Kiedy już wiecie, w jaki mniej więcej sposób bada się występowanie uzależnienia od jedzenia, przytoczę wyniki badań, o których wspominałam na samym początku.

Dowody

Co przemawia za uznaniem, że faktycznie można uzależnić się od jedzenia? M.in. badania z wykorzystaniem zachowań żywieniowych u zwierząt, badania potwierdzające, że spożycie określonych pokarmów aktywuje ośrodek nagrody w mózgu, odpowiedzialny za powstawanie uzależnień od substancji, a także porównanie cech charakterystycznych dla uzależnień od substancji z zachowaniami kompulsywnego jedzenia. Mnie zainteresowały zwłaszcza stosunkowo proste badania z 2018 roku, w których sprawdzono, jaki odsetek osób spełniających kryteria dla BED spełni jednocześnie kryteria uzależnienia od jedzenia. W badaniu wzięły udział dwie grupy: grupa z BED (71 osób) oraz grupa ludzi bez zdiagnozowanych zaburzeń odżywiania (w tabeli jako NED – 79 osób). Wyniki prezentują się następująco:

Na podstawie: Carter J., Van Wijk M., Rowsell M. Symptoms of ‚food addiction’ in binge eating disorder using the Yale Food Addiction Scale 2.0. Appetite, 2018

Zdecydowana większość, bo aż 92% osób chorujących na BED wykazała oznaki uzależnienia od jedzenia, w przeważającej części klasyfikujące się jako ciężkie.

Nie spiesz się z autodiagnozą

Choć, tak jak wspominałam, dowodów jest wiele, myślę, że nie warto stawiać sobie samemu diagnozy ani kompulsywnego objadania, ani uzależnienia od jedzenia. Czasami prowadzi to do sytuacji, kiedy w naszych oczach problem średniej wagi urasta do ogromnego kalibru (dla zobrazowania – jeśli googlasz oznaki swojej choroby, prawie zawsze okazuje się, że masz śmiertelną chorobę, zazwyczaj nowotwór). Na pewno warto jednak rozmawiać o tych zagadnieniach ze swoim lekarzem (zwłaszcza psychiatrą), terapeutą i dietetykiem, bo niestety wiele specjalistów nie będących na bieżąco z doniesieniami ze świata nauki wciąż może nie być świadomymi istnienia takich problemów. Póki co pozostaje nam czekać na oficjalną wersję YFAS, która mogłaby być stosowana w gabinetach.

Bibliografia:

Carter J., Van Wijk M., Rowsell M. Symptoms of ‚food addiction’ in binge eating disorder using the Yale Food Addiction Scale 2.0. Appetite, 2018

Guerdjikova A., Mori N., Casuto L., Mc Elroy S. Binge Eating Disorder. Psychiatr Clin N Am, 2017

Gearhardt A., Corbin W., Brownell K. Preliminary validation of the Yale Food Addiction Scale. Appetite 2009, 52: 430-436


„Obsesja piękna” – krótka recenzja

Na książkę „Obsesja piękna” natykałam się co jakiś czas w mediach społecznościowych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze miałam akurat coś innego do kupienia i przeczytania. Na szczęście jedna z obserwatorek skutecznie przypomniała mi, że czas po nią sięgnąć, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że swoją krótką recenzją zachęcę do jej przeczytania również Was.

Podtytuł książki idealnie podsumowuje jej zawartość – „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”. Ponieważ autorką jest uznana profesor psychologii, nastawiałam się na treści, jakie lubię najbardziej – podparte dowodami naukowymi. W obecnych czasach umiejętność filtrowania informacji i oddzielania prawdy od mitów jest wyjątkowo przydatna. Studia wyrobiły we mnie pewien dobry nawyk – zanim wyrobisz sobie zdanie na jakiś temat, popatrz, co na ten temat mówi nauka i ludzie z większym doświadczeniem. Jeśli macie podejście podobne do mnie – nie będziecie zawiedzeni.

Książka składa się z 5 części, które poddają dokładnej analizie kwestie tego, czym w ogóle owa obsesja piękna jest, jak wpływa na kobiety, rolę mediów w jej kreowaniu, a także mniej i bardziej skuteczne sposoby walki z nią. W każdej z części pojawiają się sylwetki kobiet, z którymi autorka rozmawiała w trakcie pisania. Różnią się one wiekiem, pochodzeniem, podejściem do życia, ale łączy je jedno: miały bądź nadal mają problemy z akceptacją swojego ciała i – w większości przypadków – zaburzeniami odżywiania . Wokół ich wypowiedzi autorka snuje wykład tłumaczący ich zachowania i wyjaśniający ich przyczyny. Przytacza też różnorodne badania, zarówno cudze, jak i te prowadzone przez jej pracownię, pozwalające w nierzadko zaskakujący sposób potwierdzać lub obalać różne hipotezy (pojawiło się również kilka zdań poświęconych związkowi fitspiracji z kreowaniem nierealistycznych wzorców – czyli temu, o czym pisałam w niedawnym wpisie). Jednak bez obaw! Wszystko jest napisane w sposób prosty, przejrzysty i zrozumiały dla praktycznie wszystkich, niezależnie od wykształcenia.

Choć wiele informacji zawartych w książce było dla mnie dość oczywistych, pojawiały się też kwestie, na które jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi. Generalnie przez praktycznie cały czas czytania towarzyszyło mi poczucie, że czytam o czymś, co dotyczy bezpośrednio również mnie, co doskonale odczuwam codziennie na własnej skórze i widzę dookoła siebie, a zwłaszcza w pracy z pacjentami. Tyle tylko, że wiele z moich myśli i poglądów było luźnymi, porozrzucanymi puzzlami, a dr Engeln pozwoliła mojej głowie zebrać je w kompletną układankę. Dla lepszego zobrazowania tego fascynującego doświadczenia, pozwolę sobie posłużyć się memem:

Tak właśnie to wyglądało.

Dla mnie najważniejszą częścią była ta ostatnia, poświęcona sposobom radzenia sobie z obsesją piękna. Choć zaburzenia odżywiania już za mną, nie wstydzę się przyznać, że w dalszym ciągu mam spore problemy ze swoją samooceną i każda rada, pomagająca je wyciszyć jest dla mnie na wagę złota. Pojawiły się w tej części rzeczy, z którymi trudno było i jest mi się pogodzić (spoiler alert: w tej książce nie przeczytacie, że wszystkie jesteśmy piękne), ale z drugiej strony mam nadzieję, że ta wiedza będzie stanowić dla mnie pewien punkt zwrotny i jednocześnie wyjściowy dla całkowitej zmiany podejścia.

Powiem tak: gdybym była Ministrem Edukacji, migusiem dopisałabym „Obsesję piękna” do listy lektur obowiązkowych dla gimna…to znaczy, dla dzieci w wieku zwanym niegdyś gimnazjalnym. Pozostaje jednak mieć nadzieje, że po prostu sięgnie po nią jak najwięcej osób, niekoniecznie dziewcząt. Osób, które zasilą armię tych, którzy przeciwstawiają się narzucanej nam obsesji na punkcie wyglądu.

Podczas próby kupna książki okazało się, że nie ma jej już w praktycznie żadnym sklepie internetowym. Nie zrażajcie się i spróbujcie poszukać jej w lokalnych bibliotekach – w Gdańsku można ją wypożyczyć w kilku filiach.