Blog

Grubszy = mniej chory?

W społeczeństwie utarło się fałszywe przekonanie, że każda osoba cierpiąca na zaburzenia odżywiania jest wychudzona lub przynajmniej bardzo szczupła. Chociaż coraz więcej mówi się o tym, że przekonanie to jest błędne, a dzięki chociażby wartym obserwowania social mediom informacja ta trafia do coraz szerszej grupy osób, nie tylko tych stricte zainteresowanych tematem, to wciąż jest to duży problem, skutecznie zniechęcający tysiące chorych do poszukiwania pomocy, lub wręcz uniemożliwiający jej otrzymanie np. w szpitalu.

W tym wpisie chciałam zapoznać Was z ciekawym badaniem, które opublikowano w zeszłym miesiącu w prestiżowym czasopiśmie International Journal of Eating Disorders, a które niestety czarno na białym pokazuje, jak postrzeganie cudzej choroby zmienia się w zależności od masy ciała chorego.

Przebieg badania

W badaniu wzięło udział 320 osób. Każdej z nich przedstawiano wybraną losowo, jedną z 6 przygotowanych notatek dotyczących fikcyjnej, 21-letniej pacjentki cierpiącej na bulimię. W notatkach podane były podstawowe informacje dotyczące stanu zdrowia pacjentki, a także masa ciała i częstotliwość zachowań bulimicznych. Przedstawiały się następująco:

  • niedowaga (BMI=17,7), zachowania bulimiczne codziennie
  • niedowaga (BMI=17,7), zachowania bulimiczne raz w tygodniu
  • prawidłowa masa ciała (BMI=21,5), zachowania bulimiczne codziennie
  • prawidłowa masa ciała (BMI=21,5), zachowania bulimiczne raz w tygodniu
  • nadwaga (BMI=25,2), zachowania bulimiczne codziennie
  • nadwaga (BMI=25,2), zachowania bulimiczne raz w tygodniu

Badacze zwracają uwagę, że wskaźniki BMI dla niedowagi i niedowagi zostały wybrane specjalnie tak, aby w nieznacznym stopniu odbiegać od normy (18,5-24,99). Badani mieli za pomocą konkretnych skali ustosunkować się do 16 stwierdzeń oceniających pacjentkę, np. „Emily potrzebuje pomocy”, „Emily jest leniwa”, „Emily sama jest sobie winna”, a także do propozycji rozwiązań dla pacjentki, np. „wizyta u psychologa/psychiatry”, „wizyta u dietetyka”, „zdrowo się odżywiać, więcej ćwiczyć”, „przepisanie leków na redukcję masy ciała”.

Wyniki badania

Badani w znacząco mniejszym stopniu zgadzali się ze wszystkimi stwierdzeniami potwierdzającymi, że pacjentka jest chora i potrzebuje pomocy, jeśli w otrzymanej notatce była ona przedstawiona jako osoba z nadwagą. Takiej osobie częściej też rekomendowali skorzystanie z tabletek na redukcję masy ciała lub banalne „jeść zdrowiej, ćwiczyć więcej” niż wizytę u psychiatry bądź psychologa.

Wyniki odzwierciedlają brak fundamentalnej wiedzy dotyczącej zaburzeń odżywiania – tego, że każdy przypadek powinien być traktowany równie poważnie, niezależnie od masy ciała. Bardzo duża część ludzi nie zdaje sobie też sprawy z konsekwencji, jakie niesie za sobą bulimia. Gdzieś tam z tyłu głowy mają informację, że anoreksja=wychudzenie=można umrzeć=poważna choroba. Za to w przypadku bulimii ten ciąg myślowy zazwyczaj kończy się na bulimia=je i wymiotuje. Dlatego bardzo dobrze, że powstaje coraz więcej książek, blogów i wideoblogów pokazujących walkę z tym zaburzeniem. Obyśmy w najbliższym latach doczekali się sytuacji, w której masa ciała nie będzie wyznacznikiem, według którego będzie się oceniać, czy ktoś jest chory poważnie, czy „tylko trochę”.

Źródło: Galbraight K., Elmquist J., White M., Grilo C, Lydecker J. Weighty decisions: How symptom severity and weight impact perceptions of bulimia nervosa. International Journal of Eating Disorders, 2019, dostępne on-line.

Czy to jeszcze body positive?

Ostatnio głośno było o poście znanego blogera popularnonaukowego, w którym to oburzał się, że zorganizowane w Warszawie wydarzenie The Real Catwalk było niczym innym, jak promocją nadwagi i otyłości. Dla niewtajemniczonych – celem tego eventu było pokazanie piękna tkwiącego w różnorodności. Po wybiegu przeszły się kobiety o różnych typach sylwetki i zmagające się z różnymi chorobami, które sprawiają, że nie wpisują się w narzucany nam kanon urody. W internecie zawrzało, pojawiło się wiele kompetentnych wypowiedzi z konstruktywną krytyką takiego podejścia i przede wszystkim zaczęła się dyskusja na temat różnic między ruchem body positive a promocją konkretnych typów wyglądu/sylwetki. A nie jest to temat prosty. Ja chciałabym ugryźć go od drugiej strony i spróbować nakreślić granicę między tym, co można uznać za promowanie akceptacji swojego ciała, a tym, co promuje raczej zaburzenia odżywiania.

„Niczego nie promuję tym zdjęciem”

Jedna z moich obserwujących podesłała mi kiedyś instagramowy profil dziewczyny chorującej na zaawansowaną anoreksję i zajmującej się modelingiem. Spytała, co sądzę o takich profilach i czy podpis umieszczany pod każdym zdjęciem („Niczego nie promuję tym zdjęciem, nie pro-ana”) ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście pokazywanych obrazów. Poczytałam komentarze, pogooglałam, pooglądałam podobne profile, których pełno jest w internetach. Przypomniałam sobie o sytuacji, kiedy napisałam do internetowego sklepu, że zamieszczanie zdjęć wychudzonych klientek pozujących tak, żeby wyglądać na jeszcze bardziej wychudzone jest bardzo nieodpowiedzialne i spotkałam się z klasyczną pasywno-agresywną odpowiedzią. Bo przecież każdy ma prawo być zadowolonym ze swojego ciała i je pokazywać. Pogadałam z różnymi osobami, tymi z historią zaburzeń odżywiania i tymi bez niej, bo w końcu doświadczenia związane z ED sprawiają, że w kwestii niektórych spraw już przez całe życie jesteśmy „nadwrażliwi”.

Przede wszystkim pierwsze co nasuwa mi się na myśl, to jedna z często powtarzanych przez psychologów i pedagogów fraz: „dzieci nas nie słuchają, tylko naśladują”. Jeśli paląca mama będzie powtarzać swojej latorośli, że palenie jest fu i be, ale jednocześnie robić to przez wiele lat – jaki przekaz dostaje dziecko? To w końcu jest fuj czy nie, skoro mama ciągle to robi? Postawmy siebie i wszystkie osoby mające styczność z internetowymi treściami w roli dzieci. Jeśli ktoś nam mówi, że nie promuje wychudzonej sylwetki, ale przez kilka lat przekazuje treści skupiające się tejże sylwetce i dające do zrozumienia „hej, na byciu wychudzonym można zrobić karierę!” – jaki końcowy przekaz otrzymujemy? O ile osoby takie jak ja, które koszmar anoreksji mają za sobą, mają pewne mechanizmy obronne, które pozwalają filtrować takie treści, o tyle taka 15-letnia, niezadowolona z siebie dziewczyna niekoniecznie. Wrzucając cokolwiek do internetu, zwłaszcza na publiczne profile, a już tym bardziej na komercyjne profile (jak np. wspomniany sklep internetowy) musimy mieć świadomość, że prezentujemy jakąś postawę i być może dokładamy swoją cegiełkę do czyjegoś światopoglądu. Badania naukowe sprawiają sprawę jasno – obrazy wychudzonych ciał są czynnikiem nasilającym niezadowolenie z własnego ciała i zwiększającymi nasilenie zaburzeń odżywiania. A jeśli są to obrazy pokazujące to wychudzenie jako coś sensualnego i erotycznego, to jeszcze gorzej. Badań na ten temat jest mnóstwo, w bibliografii znajdziecie kilka z nich, które analizowałam już przy okazji wpisu o fitspiracjach [1,2,3]. A jeśli ktoś potrzebuje bardziej życiowych dowodów, wystarczy zagłębić się w komentarze pod takimi zdjęciami. Pamiętam, że w czasach swojej choroby zawsze denerwowałam się, kiedy ktoś komplementował moje wychudzone ciało. „Jak ty to robisz? Też bym tak chciała!”. Nie, nie chciałabyś, gdybyś wiedziała, jaka jest cena. I nie powinnaś chcieć, bo to jest sytuacja patologiczna i zagrażająca życiu. I ja też nie chcę słyszeć, że niby to jest piękne, kiedy walczę o to, żeby zacząć myśleć inaczej. Nie chciałam być inspiracją, nie chciałam zachęcać nikogo do odchudzania. Chciałam przytulić każdą osobę, która choć przez moment pomyślała, że też chciałaby tak wyglądać i powiedzieć, że nie tędy droga. Między innymi dlatego od dawna angażuję się w pomoc osobom cierpiącym na zaburzenia odżywiania. Prawdą jest, że choroby takie jak anoreksja w znaczny sposób ograniczają logiczne i racjonalne myślenie, a na dodatek sprawiają, że ludzie ranią swoich bliskich, ale myślę, że nie odbierają poczucia sumienia i całkowitej zdolności oceny następstw swoich zachowań. Także jeśli osoba w widoczny sposób chorująca na zaburzenia odżywiania (przestańmy się oszukiwać, że ktoś „naturalnie” ma BMI w okolicach np. 15) promuje się poprzez zdjęcia swojego wychudzonego ciała (bo nie mówię tu o pojedynczym zdjęciu na typowo osobistym profilu) i widzi, jakiego rodzaju ma pod nimi odzew, to moje zdanie jest takie: nie pochwalam, zostawiam to jej sumieniu. I żadna ilość podpisów „ja niczego nie promuję” nie przekona mnie do zmiany zdania.

Choroba chorobie nierówna

Można oczywiście pomyśleć o analogicznych sytuacjach związanych z innymi chorobami, chociażby z łuszczycą lub AZS, które też bardzo utrudniało mi życie. Czy osoba mająca zmiany skórne powinna się ich wstydzić? Nie. Czy powinna mieć zakaz prezentowania ich w mediach społecznościowych? No pewnie, że nie. Tylko czy tego typu choroba może się rozwinąć w wyniku czynników socjo-psychologicznych? Nie. I to odróżnia ją od zaburzeń odżywiania. Trzeba też wziąć pod uwagę kontekst kulturowy i czasy, w jakich żyjemy. Podobno body positivity promuje otyłość. Czy jednak ktokolwiek widział pod jakimkolwiek zdjęciem osoby z otyłością komentarze „chciałabym mieć twoją figurę?”. Czy znasz kogokolwiek, kto od patrzenia na dziewczyny z nadwagą stwierdził, że w sumie to powinien przytyć tak ze 20 kg? Czy znasz jakąkolwiek celebrytkę uczącą ludzi, jak żyć, żeby mieć nadwagę? Czy w jakiejkolwiek gazecie rzucił ci się w oczy nagłówek „przytyj 10 kg do lata”? Nie? No właśnie. Dlatego nie można stawiać znaku równości między wszystkimi chorobami i rozpatrywać każdego przypadku na zasadzie analogii.

Ale przecież każde ciało jest piękne…

To prawda, choroby nie czynią ludzi brzydkimi i takie myślenie powinno być standardem. Ani patrząc na osobę z otyłością, ani ze skrajną niedowagą nie myślę sobie „fuj, okropność”. Tylko tutaj zbliżamy się do pewnej sprzeczności. Body positivity niesie przekaz zgodnie z którym powinniśmy akceptować swoje ciało takim, jakim jest niejako naturalnie, bez wkładania wysiłków (a wysiłkiem może być makijaż, depilacja, odchudzanie, dla każdego coś innego). Tymczasem anoreksja to zupełne przeciwieństwo akceptacji ciała w jego naturalnym stanie. To bezustanna walka z nim i balansowanie na granicy życia i śmierci. A jeśli kochasz i akceptujesz swoje ciało, to nie krzywdzisz go. Właśnie dlatego uważam, że żaden content pokazujący wygłodzone ciała nie jest bodyposi. Jego przekazem może być sprzeciw wobec stygmatyzacji osób dotkniętych zaburzeniami odżywiania, bo to też jest poważny problem i temat-rzeka.

We wpisie przedstawiłam, jakie jest moje zdanie i rozumiem, że ktoś może mieć odmienne. Co więcej, chętnie je poznam, bo dyskusja na delikatne temat, choć trudna i często pełna nerwów i emocji, jest bardzo potrzebna. Co pokazało chociażby właśnie ostatnie zamieszanie wokół The Real Catwalk.

Bibliografia:

1. Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195

2. Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017

3. Ghaznavi J., Taylor L. Bones, body parts, and sex appeal: An analysis of #thinspiration images on popular social media. Body Image, 2015, 14: 54-61


Na krawędzi widelca – spowiedź bulimiczki.

Kolejna już – po Zapleczu – książka o zaburzeniach odżywiania, o której chciałabym napisać kilka słów. Poleciła mi ją pacjentka z czego bardzo się cieszę, bo jej wydanie jakoś umknęło mojej uwadze w ostatnich latach. Do jej czytania podeszłam głównie z zamiarem lepszego zrozumienia osób, które zmagają się z problemem, przez który nie przeszłam osobiście, a więc z bulimią i pod tym względem się nie zawiodłam.

Na ponad 300 stronach Natalia Krzesłowska opisała dokładnie (w końcu spowiedź w tytule zobowiązuje) swoje życie z bulimią, depresją i samookaleczaniem. Każdemu z tych zjawisk jest poświęcony osobny rozdział, przez co konkretne wydarzenia i myśli powtarzają się kilkukrotnie w trakcie lektury i czasem wprowadzają mały chaos, ale z drugiej strony dzięki temu można łatwo wrócić do wybranego, konkretnego rozdziału poświęconemu interesującemu nad problemowi. Bardzo duża część tekstu nie to tyle co opis wydarzeń i postępującej choroby, co analiza własnych odczuć i próba odszukania przyczyny destrukcyjnych zachowań. Ogromnie doceniam szczerość i odwagę, których wymagało zwierzenie się z bardzo intymnych problemów i krytyczne spojrzenie na własne postępowanie, nie tylko związane stricte z jedzeniem, ale też m.in. z tworzeniem relacji międzyludzkich. Dodatkowo jest to dość ciekawy opis przypadku, w którym nie pojawia się jeden z najczęściej występujących czynników prowadzących do zaburzeń odżywiania. Sama przez pół książki zastanawiałam się, skąd nagle ta depresja, skąd epizod anoreksji?

Co najważniejsze dla wszystkich, którzy nadal zmagają się z zaburzeniami odżywiania, ta historia daje nadzieję i konkretne – mniej lub bardziej oczywiste – wskazówki, które mogą być pomocne w powrocie do zdrowia. Szczerze mówiąc, niektóre z nich sama próbuję wdrażać, żeby poprawiać najważniejszą relację w moim życiu, czyli relację z samą sobą. A bez tego ani rusz! Proces wychodzenia z ED – jeśli ma być trwały – powinien postępować równolegle z nauką akceptacji swojego ciała. Bardzo ważna kwestia, która również zostaje poruszona to przyjęcie swojego zdrowia za priorytet. W dalszym ciągu ciężko wielu Polakom zaakceptować, że praca, nauka i pieniądze NIE SĄ ważniejsze niż skupienie się na leczeniu. I choć wiadomo, że nie w każdej sytuacji można sobie pozwolić na kompletną i kosztowną terapię lub rezygnację z pracy, zawsze pozostaje nam możliwość dysponowania własnym czasem i tymi pieniędzmi, które możemy wykorzystać.

Jeśli zatem dotyczy Was którykolwiek z opisywanych w książce problemów, lub potrzebujecie pomocy w zrozumieniu, jak pomóc osobie bliskiej – warto poświęcić trochę czasu i przebrnąć przez całość.



Sankt Petersburg na własną rękę

Petersburg od wielu lat okupował szczyt mojej listy miejsc, które chciałam zobaczyć. Było kilka podejść, ale za każdym razem okazywało się, że potencjalni towarzysze podróży się wykruszali, więc ostatecznie stwierdziłam, że nie ma co marnować czasu i poleciałam sama w wielki świat. Jeśli Wam również marzy się Wenecja Północy, ale tak jak ja gubicie się nawet w galeriach handlowych, zawsze na wszelki wypadek odpalacie dwie odrębne nawigacje, a schematy komunikacji miejskiej to dla Was plątanina kolorowych kresek i cyferek – przeczytajcie koniecznie. W tekście pojawiają się nazwy konkretnych firm, ale niestety nikt mi za reklamę nie zapłacił. Wszystkie moje rady płyną prosto z serca, żeby pokazać, co się sprawdza u mnie.

Od czego zacząć – wiza i bilety

O tym, że do Rosji potrzeba wizy, chyba wiedzą prawie wszyscy. O tym, że jest pieruńsko droga – trochę mniej osób. Najpopularniejszy wariant to wiza turystyczna 30-dniowa na jeden wjazd. Koszt… (badum tsss…) ok. 450 zł. Ja jako osoba leniwa zawsze korzystam z usług biura wizowego Tamara w Gdańsku. Będzie to pomocne zwłaszcza dla tych, którzy sami nie poradzą sobie z wypełnieniem wniosku wizowego. Za pośrednictwo płacę około 50-80 zł, a omijam stanie w kolejkach do ambasady. W biurze wizowym dodatkowo można wykupić ubezpieczenie w towarzystwie akceptowanym przez władze Rosji przy wydawaniu wiz. Szczerze mówiąc, zawsze traktuję to po prostu jako jeden z koniecznych papierów i zawsze dodatkowo ubezpieczam się porządnie i od wszystkiego we własnym zakresie w Warcie (z kodem 48139 macie 10% zniżki na ubezpieczenia podróżne na https://online.warta.pl/ i przy okazji wesprzecie agencję ubezpieczeniową mojej mame, więc wiecie, co robić!). Do wizy są też potrzebne standardowe zdjęcia en face. Jeśli nie wyjdziecie na nich jak ziemniak albo ewentualnie przestępca, możecie nie przejść kontroli granicznej. Generalnie za wszystkie formalności polecam zabrać się minimum 3 tygodnie przed podróżą.

W kwestii podróży jestem równie wygodnicka i najbardziej lubię połączenia lotnicze, bez żadnych przesiadek. Podczas obu wyjazdów korzystałam z połączenia LOTu Warszawa – Petersburg. Ceny mocno wahają się w zależności od daty. Najdrożej jest na przełomie czerwca i lipca, kiedy wszyscy zlatują się podziwiać słynne białe noce (nie dla psa kiełbasa, więc ja załapałam się tylko na ich namiastkę). Niemniej jednak trzeba przygotować się na wydatek około 1000 zł (chyba, że zdecydujecie się na opcję bez dużego bagażu, której to zdecydowanie nie polecam – dlaczego? o tym później) + ewentualny dojazd do Warszawy.

Zakwaterowanie

Wiza wyrobiona, bilety kupione? Czas na wybór miejsca do spania. Ponieważ jechałam w pojedynkę, miałam nadzieję znaleźć pokój w hostelu lub tanim hotelu, ale koniecznie wyposażony we własną łazienkę. Okazało się to zadaniem niemożliwym i ostatecznie wylądowałam w pokoju dwuosobowym. Hostel, w którym mieszkałam (dwa razy w tym samym miejscu) to Petersburska sieciówka, zlokalizowana w kilku miejscach, w tym przy Newskim Prospekcie, czyli najważniejszej ulicy w mieście. Ja wybrałam ten zlokalizowany przy ulicy Kamiennoostrovskiy Prospekt. Znajduje się minutę drogi od stacji metra, a w okolicy jest całodobowy market, apteka, która kilkukrotnie ratowała mi życie, pierogarnia, McDonalds i kawiarnia. Jak na hostel warunki były fantastyczne, a obsługa przemiła, więc z czystym sumieniem polecam Wam tę miejscówkę. Co do cen – w czerwcu płaciłam 144 zł/dobę, a we wrześniu było już 50% taniej. Obłożenie jest tam bardzo duże, więc im wcześniej zarezerwujecie, tym lepiej.

Przygotowania do podróży

Przede wszystkim – Petersburg to miasto deszczu. Jeśli na wakacjach chcecie grzać się w słońcu – wybierzcie inny kierunek. Typowe powiedzonko mówi: „- Od dawna pada w Petersburgu? – Od 1703 roku”.

Żeby wydrukować zdjęcie z Petersburga, nie potrzeba kolorowej drukarki
Prawdziwy mieszkaniec Petersburga rozpoznaje do 1000 odcieni szarości.

Pogoda zmienia się dosłownie co 10 minut, więc zawsze najlepiej mieć przy sobie płaszcz przeciwdeszczowy lub parasol. Nie oszczędzajcie też na bagażu i weźcie całą walizkę rzeczy na każdą możliwą sytuację. Pierwszego dnia noc była tak ciepła, że nocą chodziłam w samej sukience, za to już następnego dnia marzłam w zimnym deszczu, w 11 stopniach. Na wrześniowy wyjazd wzięłam ze sobą płaszcz wiosenny i zimowe futro. Radzę też uważać z rozkloszowanymi spódniczkami, bo przy tamtejszych wiatrach można skończyć jak Marilyn Monroe w Słomianym Wdowcu. Typowy dzień wygląda tak:

Państwo na zdjęciu prezentują najnowszy trend, czyli dobór outfitu pod kolor nieba. Na drugim planie Sobór Kazański.

Jeśli macie legitymację studencką – również koniecznie ją weźcie, bo w niektórych miejscach uprawnia do zniżek.

Lotnisko, dojazd do centrum i komunikacja

Powiem szczerze, że przerażają mnie lotniska. Ale w porównaniu np do takiego londyńskiego Stansted, petersburskie Pulkovo jest naprawdę przyjemne. Uwaga! Podczas kontroli granicznej lub jeszcze na pokładzie samolotu dostaniecie świstek papieru, tzw. kartę migracyjną – pilnujcie go jak oka w głowie, bo bez niego będą problemy z powrotem do domu! Z lotniska jest jedno główne wyjście, tuż pod którym co kilka minut zatrzymuje się autobus, który dojeżdża do stacji metra Moskovskaya (to końcowy przystanek, więc trudno go przegapić). Bilet kupuje się w środku, u tzw. Pani Autobusowej. Po prostu czekacie, aż do Was podejdzie, dajecie jej ruble i dostajecie bilet. Uwaga! Są panie mniej i bardziej miłe: raz również mój bagaż był zobowiązany do kupienia biletu. Dobrze jest też zapłacić drobnymi, bo mogą pojawić się komplikacje z wydaniem reszty. Ja zawsze już na lotnisku kupuję rosyjską kartę SIM, więc tym sposobem rozmieniam banknoty z kantoru. Karta z dużym pakietem internetu kosztuje około 20-30 zł i uważam, że jest to obowiązkowe wyposażenie każdego nieogarniętego podróżnika. W drodze z lotniska możecie zacząć wypatrywać luksusowych lub po prostu ciekawych samochodów, których po Petersburgu jeździ naprawdę sporo.

Na stacji metra najlepiej kupić kartę naładowaną na 10 przejazdów. 1 przejazd to jedna wycieczka w podziemia, niezależnie od tego, ile razy w międzyczasie będziecie się przesiadać lub jeździć sobie w jedną i w drugą stronę. Metro kursuje co około 2 minuty i dojeżdża prawie wszędzie. Dodatkowo możecie popodziwiać wiele pięknych stacji. Generalnie po mieście poruszałam się jedynie metrem, pieszo i w chwilach lenistwa Uberem, który kosztuje tam śmieszne pieniądze, ale w ciągu dnia jest mało wygodny ze względu na duże korki. Jednak jest też spora ilość linii autobusowych i marszrutek, jednak oznaczenia przystanków i rozkłady jazdy bywają – powiedzmy – zagadkowe.

Stacja Admiralteyskaya

Niezależnie od tego, czym się poruszacie – koniecznie zwracajcie szczególną uwagę na to, po jakiej stronie kanału powinniście się znaleźć. Petersburg jest poprzecinany kanałami i mostami. Problem w tym, że ulice po obu ich stronach mają zwykle tę samą nazwę. W rezultacie nie raz zdarzyło mi się zawracać pół kilometra, bo szukałam czegoś nie na tym nabrzeżu, na którym powinnam. Mapy Google nie zawsze są pomocne, bo też czasem wariują w tych okolicach.

Zwiedzanie

Tak naprawdę prawie cały Petersburg jest piękny i warty obejścia na piechotę. Setki razy przystawałam w niby zupełnie zwykłym miejscu i odkrywałam przepiękne bramy albo elewacje. W ostateczności po prostu typowo rosyjskie „smaczki”, o takie np.:

Go hard like Vladimir Putin

O głównych zabytkach na pewno poczytacie na każdej stronie poświęconej temu miastu i w każdym przewodniku, więc nie będę wymieniać wszystkich. Wstęp do większości miejsc kosztuje mniej więcej 15-25 zł, praktycznie wszędzie są cenniki również w języku angielskim. Przed wybraniem się w konkretne miejsce zawsze polecam sprawdzić, czy na pewno jest danego dnia i o danej godzinie otwarte, bo można być niemile zaskoczonym. Przy zwiedzaniu cerkwi pamiętajcie o długiej spódnicy/spodniach i nakryciu głowy. W niektórych przy wejściach są specjalne kosze z „fartuszkami” i chustami dla zapominalskich. Nie radzę nie przestrzegać tych reguł, bo pilnujące cerkwi babuszki tylko czekają, żeby zabić wzrokiem.

Moim ulubionym miejscem w Petersburgu jest Ogród Letni (Letniy Sad), czyli przepiękny, carski park (tak kocham jedną z tamtejszych fontann, że w swoim mieszkaniu podłogę mam „w szachownicę”, żeby mi się z nią kojarzyła). Na jego zwiedzanie najlepiej wybrać w miarę słoneczny dzień, wtedy robi prawdziwie bajkowe wrażenie. Nocą też jest ciekawie, ale ponieważ nie ma żadnego oświetlenia, nie polecam tej opcji na pierwsze wejście. Wstęp jest bezpłatny.

Po całym Ogrodzie rozrzucone są rzeźby w stylu antycznej Grecji.

Innym ogrodem, który warto odwiedzić jest Ogród Botaniczny przy ulicy Professora Popova. Z moim szczęściem trafiłam na zamknięte oranżerie, ale całość i tak ma typowo rosyjski urok (czyli tak jakby pałacowo, na bogato, ale jednak czasem przebija ruina i ZSRR).

Jednym z najbardziej znanych miejsc jest muzeum Ermitaż. Na jego zwiedzanie polecam zaplanować z wyprzedzeniem cały dzień i z samego rana lecieć ustawić się w kolejce całkiem przypominającej te PRL-owskie. Uważajcie, żeby ustawić się w odpowiednim ogonku. Są osobne dla osób kupujących bilety w kasie i osobne dla osób z biletami internetowymi lub kupionymi w automatach. Niestety bilety zniżkowe oraz darmowe (np. dla studentów z całego świata) można odebrać tylko i wyłącznie w kasie. Ja czekałam około 3 godzin w kolejce do wejścia do budynku, a potem kolejne 30 minut w kolejce do kasy. Było 12 stopni, ja miałam cienki płaszcz, wiał zimny wiatr, co chwilę siąpił deszcz i miałam ochotę rzucić to wszystko i wrócić do hostelu. Na szczęście wytrwałam i mogę stwierdzić, że dzięki temu zobaczyłam najpiękniejsze wnętrza, jakie według mnie istnieją. Ze wzruszenia i przytłoczenia ogromem carskiego przepychu pociekło mi nawet kilka łezek. Samo obejście Ermitażu zajmuje parę godzin. To jak chodzenie po niekończącym się pałacowym labiryncie.

Dużo mniejszy, zdecydowanie mniej oblegany, ale równie piękny jest Pałac Marmurowy przy ulicy Milionnej oraz Pałac Jusupowych.

Obowiązkowe punkty wycieczek to też Sobór Kazański i Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (Spasa na Krowi, z charakterystycznymi kolorowymi, zdobionymi kopułami).

Z niestandardowych miejsc polecam Smoleński Cmentarz Prawosławny (Kamskaya 26). Warto przespacerować się przez jego starą część.

Miłośnikom kotów spodoba się też kocia kawiarnia Soulmate (Naberezhnaya reki Fontanki 51-53). Płaci się w niej za czas przebywania, a wszystkimi herbatami i ciastkami można częstować się do woli. Jest też pianino, które osobiście przetestowałam.

Kolejne miejsce, które po prostu trzeba zobaczyć to zespół pałacowo-ogrodowy w miasteczku Peterhof. Dojazd marszrutkami albo kolejką podmiejską ze stacji metra Baltiyskaya.

Jedzenie

Ceny jedzenia są zbliżone do tych w Polsce, może trochę wyższe. Mają rewelacyjny serek wiejski i coś, czego u nas nie znajdziecie, a czym zajadałam się praktycznie codziennie, czyli rjażenkę. To taka gęsta, kremowa, mniej kwaśna maślanka.
Restauracji i barów mlecznych jest bardzo dużo, ale niestety w większości jest problem z opcjami wegetariańskimi, a tym bardziej wegańskimi.

Z lokali na pewno warto wybrać się do Syrnika (Kamiennoostrovskiy Prospekt 47), w którym macie do wyboru same dania z serem w różnej postaci. Ja wybrałam zupę z gorgonzoli z krakersami – sztos nad sztosy.

Jeden z głównych punktów moich wycieczek to oczywiście lody. Lodowe róże można kupić w Gelateria Di Neve. Mają swoje stanowiska w dwóch miejscach, szczerze polecam te pod adresem Zanevskiy Prospekt 67. Znajduje się w centrum handlowym i dużo łatwiej do niego trafić. Wybór smaków nie jest powalający, ale zdarzają się bardzo ciekawe (np. o smaku białych grzybów – dziwne doświadczenie). Z lodów sklepowych spróbujcie klasycznego Plombiru, czyli śmietankowych lodów w wafelku.

Bezpieczeństwo

Nie spotkała mnie żadna przykra sytuacja. No może oprócz tego, jak zaklinowałam się z walizką w bramce przy wejściu do metra, a panowie policjancie się ze mnie śmiali, zamiast mi pomóc. Tak jak niestety chyba wszędzie, wieczorami zdarzają się jedynie zaczepiający, podchmieleni panowie. Za to za nic w świecie nie zdecydowałabym się tam na wypożyczenie samochodu, bo to, co dzieje się na ulicach zdecydowanie by mnie przerosło. Rosjanie jeżdżą jak chcą, parkują gdzie chcą, nadużywają klaksonów, wymuszają pierwszeństwo, a często nawet nie mają w zwyczaju przepuszczać pojazdów na sygnale. Uroku dodaje fakt, że są samochody, które poruszają się połatane np. zwykłą przezroczystą taśmą. Czasami ewentualnie izolacyjną. Za to folią spożywczą zabezpiecza się samochody uszkodzone.

Czy trzeba znać rosyjski?

Nie ukrywam, że znajomość angielskiego wśród przeciętnych Rosjan nie jest zbyt dobra. Jednak z racji tego, że to duże, turystyczne miasto, wiele restauracji i innych obiektów posiada menu, cenniki i informacje w tym języku. Niemniej jednak myślę, że warto opanować chociażby sztukę czytania cyrylicy, żeby łatwiej poruszać się po mieście. Mieszkańcy Petersburga są też w większości mili i pomocni, a kiedy słyszą, że obcokrajowiec mówi po rosyjsku, są wręcz zafascynowani, od razu pytają skąd, po co i dlaczego sama.

Jeśli zdecydujecie się kiedyś wybrać do mojego ukochanego miasta, pochwalcie się zdjęciami! A w razie pytań – piszcie śmiało, postaram się pomóc.

Monaster Smolny, najładniejszy nocą.
Na mostach często można poczuć się jak podczas huraganu.


Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


Wegańskie ciasteczka marchewkowe

Kolejne proste do zrobienia wegańskie ciasteczka. Tym razem głównym składnikiem jest marchewka, której zawdzięczają swoją mięciutką strukturę. Używając bezpiecznych płatków, proszku do pieczenia i zamieniając mąkę, możecie przygotować wersję bezglutenową.

Na około 15 ciasteczek:

  • 2 duże marchewki
  • 1 średni banan
  • 1,5 łyżki oleju (np. rzepakowego lub słonecznikowego)
  • 2 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • 8 łyżek płatków owsianych
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Marchewki ścieramy na tarce o małych oczkach. Banana rozgniatamy widelcem. Wszystkie składniki miksujemy. Łyżką nakładamy porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Po ostudzeniu delikatnie zdejmujemy z blachy.

1 ciasteczko zawiera:

  • 36 kcal
  • 0,85 g białka
  • 0,4 g tłuszczu
  • 7,8 g węglowodanów


Ciasteczka z komosy ryżowej

Miękkie, czekoladowe ciasteczka z komosy ryżowej. Nie tylko wegańskie, ale i bezglutenowe (jeśli oczywiście użyjecie bezpiecznych płatków owsianych i proszku do pieczenia). Przepis (z moją małą modyfikacją) pochodzi z książki Łowcy Smaków – Cztery Pory Roku.

Na około 15 ciastek:

  • 50 g komosy ryżowej
  • 40 g masła orzechowego (ok. 2 łyżki)
  • 2 łyżki syropu daktylowego/z agawy/klonowego
  • 1 duży banan, obrany i pokrojony w kawałki
  • 2 łyżki kakao
  • 1,5 łyżki płatków owsianych
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropli soku z cytryny

Komosę płuczemy na sicie i gotujemy w dwukrotnie większej ilości wody. Odstawiamy do ostudzenia, a następnie miksujemy z resztą składników. Masa będzie dość rzadka.

Łyżką nabieramy porcje masy i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 175 stopniach przez około 20 minut. Po upieczeniu czekamy, aż całkowicie wystygną i zdejmujemy z blachy.

Wartość odżywcza

1 ciasteczko zawiera:

  • 50 kcal
  • 1,3 g białka
  • 1,6 g tłuszczu
  • 2,5 g węglowodanów

Jak zacząć uczyć się rosyjskiego?

Zawsze podkreślam, że znalezienie i wcielanie w życie swoich pasji jest jednym z ważniejszych elementów procesu wychodzenia z zaburzeń odżywiania. W moim przypadku jedną z nich była nauka przepięknego języka rosyjskiego. Jeśli kiedykolwiek myśleliście sobie, że fajnie byłoby znać te dziwne literki zwane cyrylicą, a z kultowych piosenek t.A.T.u. rozumieć coś więcej, niż „nas nie dagoniat”, a póki co nie możecie sobie pozwolić na naukę pod okiem nauczyciela, ten tekst jest dla Was.

Kup zeszyt w 3 linie i naucz się cyrylicy

Tęsknisz czasem za pisaniem w zeszycie z 3 liniami, jak za czasów pierwszej klasy podstawówki? Masz fantastyczną okazję przenieść się do tamtych beztroskich chwil, ponieważ de facto czeka cię nauka pisania zupełnie od nowa. W internecie z łatwością znajdziesz cyrylicę i odpowiadające jej polskie litery, więc do tego kroku nie potrzebujesz nawet żadnego podręcznika. Początki są najtrudniejsze, więc nie zrażaj się, jeśli nie wciąż będziesz zapominać, że rosyjskie „r” wygląda dokładnie jak nasze „p”, a „u” jak nasze „y”. Z czasem w mózgu wykształci ci się przełącznik, który będzie pozwalał szybko przestawić się w tryb czytania i pisania w cyrylicy. Pisz, co tylko wlezie – zapisuj cyrylicą swoje imię, nazwisko, imię kota, psa i wszystko co tylko przyjdzie ci do głowy. Uwaga – litery drukowane i pisane czasem znacząco się różnią. Jeśli poniższy obrazek nie ostudził twojej woli walki, przejdź do następnego punktu. 🙂

Przygotuj materiały

Wybór kursów do nauki rosyjskiego jest wystarczający, żeby wybrać coś, co nam najbardziej odpowiada. Wydaje mi się, że moim pierwszym zakupem był kurs z płytami audio. Wymowa w nauce rosyjskiego jest niesamowicie ważna, więc polecam wydania z płytami. Zwracajcie również uwagę na to, czy w słowach zaznaczony jest akcent, który w przypadku rosyjskiego jest ruchomy i złe zaakcentowanie słowa może zmienić jego znaczenie: w rezultacie, zamiast „ja płacę” powiecie „ja płaczę”, a zamiast „uczę się pisać” – „uczę się sikać”. 🙂

Oprócz tego wrzuciłam do internetu ogłoszenie, że przyjmę wszelkie materiały do nauki tego języka. Dość szybko zgłosiła się pani, która obdarowała mnie całą siatką podręczników i czytanek z czasów szkolnych moich rodziców, kiedy to rosyjski był obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Tego typu starsze materiały również są bardzo przydatne. Należy jedynie pamiętać, że aktualnie nie nazywamy już nikogo „towarzyszem”. 🙂

Wykorzystaj social media

Zamiast bezmyślnie scrollować Facebooka i Instagrama, zacznij obserwować konta poświęcone nauce rosyjskiego. Nawet jedno nowe słówko dziennie powiększa zasób leksykalny. Ze swojej strony polecam:

Chcesz szybko sprawdzić, gdzie pada akcent w jakimś słowie? Z pomocą przychodzi russiangram. Odmiana danego słowa przez przypadki? Wikislowar. Oczywiście w obu przypadkach przyda się zainstalowana rosyjska klawiatura. W przypadku smartfona korzystanie z niej jest prościutkie, w przypadku komputera polecam dokupić naklejki z literami, które przykleicie na klawisze. Life hack: ostatecznie zawsze zostaje wpisywanie słów w okienku google tłumacza.

Poszukaj native speakera

Śmiało mogę stwierdzić, że mam najlepszą na świecie nauczycielkę rosyjskiego. Do dzisiaj korzystam z prywatnych lekcji i uważam, że to najlepszy sposób na szybką i efektywną naukę. Warto wykorzystać fakt, że Polsce mieszka coraz więcej obywateli Białorusi (którzy oczywiście mówią po rosyjsku) i Ukrainy.

Obcuj z językiem

To akurat żadna niespodzianka. Nie ma lepszego sposobu nauki, niż po prostu codzienne użytkowanie języka. Odważnym polecam np. zgłoszenie się na przewodnika turystów ze wschodu poprzez Couchsurfing (uwaga: wiele osób z Rosji/Ukrainy/Białorusi dość słabo mówi po angielsku). Wolisz wariant luksusowy i nie przeszkadzają ci absurdalne ceny wiz? Pojedź do rosyjskojęzycznego kraju (uwaga nr 2: zachodnia Ukraina, m.in. Lwów nie jest rosyjskojęzyczna – tamtejsi ludzie w większości rozumieją rosyjski, ale niechętnie rozmawiają w tym języku).

Nie muszę też pewnie wspominać o słuchaniu rosyjskiej muzyki albo oglądaniu rosyjskiego YouTube’a. Od siebie polecam też rosyjskie memy, które przy okazji przybliżają realia życia w Rosji i poszerzają znajomość slangu. Oczywiście spora część z początku może być niezrozumiała (tak jak dla obcokrajowca chociażby nasze żarty z cebulą).

Wyposaż się w chusteczki

Przydadzą się do ocierania łez, kiedy dojdziecie np. do odmiany liczebników albo wkuwania, kiedy używamy biernika, a kiedy dopełniacza. Jak to powtarza moja pani nauczycielka – w rosyjskiej gramatyce nie ma co doszukiwać się logiki, bo po prostu jej tam nie ma. 🙂


Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem

Sycące, smaczne ciasteczka owsiane ze słonecznikiem, które przygotujecie w 35 minut. Z wierzchu lekko kruche, w środku przyjemnie mięciutkie.

Na 15 ciasteczek:

  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 0,5 szklanki łuskanego słonecznika
  • 0,25 szklanki mąki pszennej (w wersji bezglutenowej można zamienić np. na owsianą)
  • 50 g miękkiego masła
  • 1 jajo
  • 2 łyżki erytrytolu (można zamienić na cukier bądź miód)
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • garść suszonej żurawiny lub innych dodatków

Wszystkie składniki miksujemy. Wilgotnymi dłońmi formujemy kulki i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 25 minut w temperaturze 180 stopni.

1 ciasteczko w wersji z erytrytolem i żurawiną zawiera:

  • 89 kcal
  • 2,4 g białka
  • 5,1 g tłuszczu
  • 8,7 g węglowodanów