Blog

Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


Wegańskie ciasteczka marchewkowe

Kolejne proste do zrobienia wegańskie ciasteczka. Tym razem głównym składnikiem jest marchewka, której zawdzięczają swoją mięciutką strukturę. Używając bezpiecznych płatków, proszku do pieczenia i zamieniając mąkę, możecie przygotować wersję bezglutenową.

Na około 15 ciasteczek:

  • 2 duże marchewki
  • 1 średni banan
  • 1,5 łyżki oleju (np. rzepakowego lub słonecznikowego)
  • 2 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • 8 łyżek płatków owsianych
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Marchewki ścieramy na tarce o małych oczkach. Banana rozgniatamy widelcem. Wszystkie składniki miksujemy. Łyżką nakładamy porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Po ostudzeniu delikatnie zdejmujemy z blachy.

1 ciasteczko zawiera:

  • 36 kcal
  • 0,85 g białka
  • 0,4 g tłuszczu
  • 7,8 g węglowodanów


Ciasteczka z komosy ryżowej

Miękkie, czekoladowe ciasteczka z komosy ryżowej. Nie tylko wegańskie, ale i bezglutenowe (jeśli oczywiście użyjecie bezpiecznych płatków owsianych i proszku do pieczenia). Przepis (z moją małą modyfikacją) pochodzi z książki Łowcy Smaków – Cztery Pory Roku.

Na około 15 ciastek:

  • 50 g komosy ryżowej
  • 40 g masła orzechowego (ok. 2 łyżki)
  • 2 łyżki syropu daktylowego/z agawy/klonowego
  • 1 duży banan, obrany i pokrojony w kawałki
  • 2 łyżki kakao
  • 1,5 łyżki płatków owsianych
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropli soku z cytryny

Komosę płuczemy na sicie i gotujemy w dwukrotnie większej ilości wody. Odstawiamy do ostudzenia, a następnie miksujemy z resztą składników. Masa będzie dość rzadka.

Łyżką nabieramy porcje masy i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 175 stopniach przez około 20 minut. Po upieczeniu czekamy, aż całkowicie wystygną i zdejmujemy z blachy.

Wartość odżywcza

1 ciasteczko zawiera:

  • 50 kcal
  • 1,3 g białka
  • 1,6 g tłuszczu
  • 2,5 g węglowodanów

Jak zacząć uczyć się rosyjskiego?

Zawsze podkreślam, że znalezienie i wcielanie w życie swoich pasji jest jednym z ważniejszych elementów procesu wychodzenia z zaburzeń odżywiania. W moim przypadku jedną z nich była nauka przepięknego języka rosyjskiego. Jeśli kiedykolwiek myśleliście sobie, że fajnie byłoby znać te dziwne literki zwane cyrylicą, a z kultowych piosenek t.A.T.u. rozumieć coś więcej, niż „nas nie dagoniat”, a póki co nie możecie sobie pozwolić na naukę pod okiem nauczyciela, ten tekst jest dla Was.

Kup zeszyt w 3 linie i naucz się cyrylicy

Tęsknisz czasem za pisaniem w zeszycie z 3 liniami, jak za czasów pierwszej klasy podstawówki? Masz fantastyczną okazję przenieść się do tamtych beztroskich chwil, ponieważ de facto czeka cię nauka pisania zupełnie od nowa. W internecie z łatwością znajdziesz cyrylicę i odpowiadające jej polskie litery, więc do tego kroku nie potrzebujesz nawet żadnego podręcznika. Początki są najtrudniejsze, więc nie zrażaj się, jeśli nie wciąż będziesz zapominać, że rosyjskie „r” wygląda dokładnie jak nasze „p”, a „u” jak nasze „y”. Z czasem w mózgu wykształci ci się przełącznik, który będzie pozwalał szybko przestawić się w tryb czytania i pisania w cyrylicy. Pisz, co tylko wlezie – zapisuj cyrylicą swoje imię, nazwisko, imię kota, psa i wszystko co tylko przyjdzie ci do głowy. Uwaga – litery drukowane i pisane czasem znacząco się różnią. Jeśli poniższy obrazek nie ostudził twojej woli walki, przejdź do następnego punktu. 🙂

Przygotuj materiały

Wybór kursów do nauki rosyjskiego jest wystarczający, żeby wybrać coś, co nam najbardziej odpowiada. Wydaje mi się, że moim pierwszym zakupem był kurs z płytami audio. Wymowa w nauce rosyjskiego jest niesamowicie ważna, więc polecam wydania z płytami. Zwracajcie również uwagę na to, czy w słowach zaznaczony jest akcent, który w przypadku rosyjskiego jest ruchomy i złe zaakcentowanie słowa może zmienić jego znaczenie: w rezultacie, zamiast „ja płacę” powiecie „ja płaczę”, a zamiast „uczę się pisać” – „uczę się sikać”. 🙂

Oprócz tego wrzuciłam do internetu ogłoszenie, że przyjmę wszelkie materiały do nauki tego języka. Dość szybko zgłosiła się pani, która obdarowała mnie całą siatką podręczników i czytanek z czasów szkolnych moich rodziców, kiedy to rosyjski był obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Tego typu starsze materiały również są bardzo przydatne. Należy jedynie pamiętać, że aktualnie nie nazywamy już nikogo „towarzyszem”. 🙂

Wykorzystaj social media

Zamiast bezmyślnie scrollować Facebooka i Instagrama, zacznij obserwować konta poświęcone nauce rosyjskiego. Nawet jedno nowe słówko dziennie powiększa zasób leksykalny. Ze swojej strony polecam:

Chcesz szybko sprawdzić, gdzie pada akcent w jakimś słowie? Z pomocą przychodzi russiangram. Odmiana danego słowa przez przypadki? Wikislowar. Oczywiście w obu przypadkach przyda się zainstalowana rosyjska klawiatura. W przypadku smartfona korzystanie z niej jest prościutkie, w przypadku komputera polecam dokupić naklejki z literami, które przykleicie na klawisze. Life hack: ostatecznie zawsze zostaje wpisywanie słów w okienku google tłumacza.

Poszukaj native speakera

Śmiało mogę stwierdzić, że mam najlepszą na świecie nauczycielkę rosyjskiego. Do dzisiaj korzystam z prywatnych lekcji i uważam, że to najlepszy sposób na szybką i efektywną naukę. Warto wykorzystać fakt, że Polsce mieszka coraz więcej obywateli Białorusi (którzy oczywiście mówią po rosyjsku) i Ukrainy.

Obcuj z językiem

To akurat żadna niespodzianka. Nie ma lepszego sposobu nauki, niż po prostu codzienne użytkowanie języka. Odważnym polecam np. zgłoszenie się na przewodnika turystów ze wschodu poprzez Couchsurfing (uwaga: wiele osób z Rosji/Ukrainy/Białorusi dość słabo mówi po angielsku). Wolisz wariant luksusowy i nie przeszkadzają ci absurdalne ceny wiz? Pojedź do rosyjskojęzycznego kraju (uwaga nr 2: zachodnia Ukraina, m.in. Lwów nie jest rosyjskojęzyczna – tamtejsi ludzie w większości rozumieją rosyjski, ale niechętnie rozmawiają w tym języku).

Nie muszę też pewnie wspominać o słuchaniu rosyjskiej muzyki albo oglądaniu rosyjskiego YouTube’a. Od siebie polecam też rosyjskie memy, które przy okazji przybliżają realia życia w Rosji i poszerzają znajomość slangu. Oczywiście spora część z początku może być niezrozumiała (tak jak dla obcokrajowca chociażby nasze żarty z cebulą).

Wyposaż się w chusteczki

Przydadzą się do ocierania łez, kiedy dojdziecie np. do odmiany liczebników albo wkuwania, kiedy używamy biernika, a kiedy dopełniacza. Jak to powtarza moja pani nauczycielka – w rosyjskiej gramatyce nie ma co doszukiwać się logiki, bo po prostu jej tam nie ma. 🙂


Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem

Sycące, smaczne ciasteczka owsiane ze słonecznikiem, które przygotujecie w 35 minut. Z wierzchu lekko kruche, w środku przyjemnie mięciutkie.

Na 15 ciasteczek:

  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 0,5 szklanki łuskanego słonecznika
  • 0,25 szklanki mąki pszennej (w wersji bezglutenowej można zamienić np. na owsianą)
  • 50 g miękkiego masła
  • 1 jajo
  • 2 łyżki erytrytolu (można zamienić na cukier bądź miód)
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • garść suszonej żurawiny lub innych dodatków

Wszystkie składniki miksujemy. Wilgotnymi dłońmi formujemy kulki i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 25 minut w temperaturze 180 stopni.

1 ciasteczko w wersji z erytrytolem i żurawiną zawiera:

  • 89 kcal
  • 2,4 g białka
  • 5,1 g tłuszczu
  • 8,7 g węglowodanów


Kompulsywne jedzenie = uzależnienie od jedzenia?

W ostatnich latach coraz więcej mówi się o Binge Eating Disorder, czyli zaburzeniu polegającym na kompulsywnym jedzeniu. Bardzo często w tym kontekście mówi się o „uzależnieniu od jedzenia”. Ma to sens – według relacji wielu chorych zerwanie z napadami objadania się jest porównywane właśnie do próby rzucenia używek i wierzę na słowo, że jest to ekstremalnie trudne.

Co na temat takiej analogii mówi nauka? Ostateczne słowo jeszcze nie zapadło, ale badania wydają się potwierdzać związek między kompulsywnym jedzeniem a uzależnieniem od jedzenia.  Należy jednak pamiętać, że w dalszym ciągu pojęcia te nie są tożsame.

Yale Food Addiction Scale

Zarówno BED jak i uzależnienie od jedzenia stwierdza się na podstawie szeregu kryteriów. Kryteria diagnostyczne dla kompulsywnego objadanie znajdują się w DSM-V, czyli klasyfikacji chorób psychicznych. Jak za to stwierdzić, czy jesteśmy uzależnieni od jedzenia? W 2009 roku powstał tzw. Yale Food Addiction Scale – obszerny kwestionariusz oparty na diagnostyce uzależnień od substancji. W ostatnich latach powstała również jego zmodyfikowana wersja – YFAS 2.0, która została przetłumaczona i zwalidowana na kilka języków, m.in. francuski i niemiecki. Przyznam szczerze, że mimo 2 godzinnych poszukiwań nie znalazłam owej najnowszej wersji w języku angielskim (posiadam wersję francuską, więc jeśli mamy tu kogoś, kto zna dobrze ten język, chętnie przyjmę pomoc przy tłumaczeniu). Z tego co udało mi się wyczytać, wersja 2.0 zawiera jeszcze więcej pytań (łącznie 35) i 8 wariantów odpowiedzi. Niestety analiza odpowiedzi to nie proste dodawanie punktów – aby otrzymać ostateczny wynik, trzeba się trochę nagimnastykować. Jeśli uda mi się zdobyć angielską wersję, zagłębię się w materiały do interpretacji testu. Myślę jednak, że mogą Was zainteresować stwierdzenia, które znalazły się w pierwszej wersji. Poniżej znajdziecie więc moje luźne tłumaczenie niektórych z nich (łącznie jest ich 25). W większości powtarza się fraza „określone produkty” – twórcy kwestionariusza sugerują, że najczęściej zalicza się do nich słodycze, produkty mączne (pieczywo, makaron itd.), słone przekąski, fast foody i słodkie napoje.

  • Kiedy zaczynam jeść określone produkty, okazuje się, że zjadam więcej niż planowałem/am.
  • Kontynuuję spożywanie określonych produktów mimo tego, że nie czuję już głodu.
  • Jem aż do momentu, kiedy czuję się źle fizycznie.
  • Przez dużą część czasu czuję się zmęczony/a przejadaniem.
  • Zdarza mi się przez cały dzień ciągle jeść określone produkty.
  • Kiedy nie mam dostępu do określonych produktów, dołożę wszelkich starań, żeby je zdobyć.
  • Zdarzało mi się spożywać określone produkty tak często lub w tak dużych ilościach, że jadłem/am zamiast pracować, spędzać czas z rodziną i znajomymi, wypełniać ważne obowiązki lub oddawać się innym przyjemnościom.
  • Zdarzało mi się unikać sytuacji, w których były dostępne określone produkty, ponieważ bałem/am się, że zacznę się nimi objadać.
  • Odczuwam efekty odstawienia, takie jak podenerwowanie i niepokój, kiedy przestanę lub ograniczę jedzenie określonych produktów.
  • Przez jedzenie mam problemy związane z efektywnym funkcjonowaniem.
  • Moje objadanie się powoduje zauważalne problemy psychologiczne, takie jak depresja, lęki, wstręt do samego siebie i poczucie winy.
  • Zauważyłem/am, że wraz z upływem czasu potrzebuję coraz większych ilości jedzenia, żeby osiągnąć uczucie, do którego dążę (np. zredukowanie negatywnych emocji)
  • Chciałbym/chciałabym przestać jeść lub ograniczyć jedzenie określonych produktów.

Kiedy już wiecie, w jaki mniej więcej sposób bada się występowanie uzależnienia od jedzenia, przytoczę wyniki badań, o których wspominałam na samym początku.

Dowody

Co przemawia za uznaniem, że faktycznie można uzależnić się od jedzenia? M.in. badania z wykorzystaniem zachowań żywieniowych u zwierząt, badania potwierdzające, że spożycie określonych pokarmów aktywuje ośrodek nagrody w mózgu, odpowiedzialny za powstawanie uzależnień od substancji, a także porównanie cech charakterystycznych dla uzależnień od substancji z zachowaniami kompulsywnego jedzenia. Mnie zainteresowały zwłaszcza stosunkowo proste badania z 2018 roku, w których sprawdzono, jaki odsetek osób spełniających kryteria dla BED spełni jednocześnie kryteria uzależnienia od jedzenia. W badaniu wzięły udział dwie grupy: grupa z BED (71 osób) oraz grupa ludzi bez zdiagnozowanych zaburzeń odżywiania (w tabeli jako NED – 79 osób). Wyniki prezentują się następująco:

Na podstawie: Carter J., Van Wijk M., Rowsell M. Symptoms of ‚food addiction’ in binge eating disorder using the Yale Food Addiction Scale 2.0. Appetite, 2018

Zdecydowana większość, bo aż 92% osób chorujących na BED wykazała oznaki uzależnienia od jedzenia, w przeważającej części klasyfikujące się jako ciężkie.

Nie spiesz się z autodiagnozą

Choć, tak jak wspominałam, dowodów jest wiele, myślę, że nie warto stawiać sobie samemu diagnozy ani kompulsywnego objadania, ani uzależnienia od jedzenia. Czasami prowadzi to do sytuacji, kiedy w naszych oczach problem średniej wagi urasta do ogromnego kalibru (dla zobrazowania – jeśli googlasz oznaki swojej choroby, prawie zawsze okazuje się, że masz śmiertelną chorobę, zazwyczaj nowotwór). Na pewno warto jednak rozmawiać o tych zagadnieniach ze swoim lekarzem (zwłaszcza psychiatrą), terapeutą i dietetykiem, bo niestety wiele specjalistów nie będących na bieżąco z doniesieniami ze świata nauki wciąż może nie być świadomymi istnienia takich problemów. Póki co pozostaje nam czekać na oficjalną wersję YFAS, która mogłaby być stosowana w gabinetach.

Bibliografia:

Carter J., Van Wijk M., Rowsell M. Symptoms of ‚food addiction’ in binge eating disorder using the Yale Food Addiction Scale 2.0. Appetite, 2018

Guerdjikova A., Mori N., Casuto L., Mc Elroy S. Binge Eating Disorder. Psychiatr Clin N Am, 2017

Gearhardt A., Corbin W., Brownell K. Preliminary validation of the Yale Food Addiction Scale. Appetite 2009, 52: 430-436


„Obsesja piękna” – krótka recenzja

Na książkę „Obsesja piękna” natykałam się co jakiś czas w mediach społecznościowych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze miałam akurat coś innego do kupienia i przeczytania. Na szczęście jedna z obserwatorek skutecznie przypomniała mi, że czas po nią sięgnąć, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że swoją krótką recenzją zachęcę do jej przeczytania również Was.

Podtytuł książki idealnie podsumowuje jej zawartość – „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”. Ponieważ autorką jest uznana profesor psychologii, nastawiałam się na treści, jakie lubię najbardziej – podparte dowodami naukowymi. W obecnych czasach umiejętność filtrowania informacji i oddzielania prawdy od mitów jest wyjątkowo przydatna. Studia wyrobiły we mnie pewien dobry nawyk – zanim wyrobisz sobie zdanie na jakiś temat, popatrz, co na ten temat mówi nauka i ludzie z większym doświadczeniem. Jeśli macie podejście podobne do mnie – nie będziecie zawiedzeni.

Książka składa się z 5 części, które poddają dokładnej analizie kwestie tego, czym w ogóle owa obsesja piękna jest, jak wpływa na kobiety, rolę mediów w jej kreowaniu, a także mniej i bardziej skuteczne sposoby walki z nią. W każdej z części pojawiają się sylwetki kobiet, z którymi autorka rozmawiała w trakcie pisania. Różnią się one wiekiem, pochodzeniem, podejściem do życia, ale łączy je jedno: miały bądź nadal mają problemy z akceptacją swojego ciała i – w większości przypadków – zaburzeniami odżywiania . Wokół ich wypowiedzi autorka snuje wykład tłumaczący ich zachowania i wyjaśniający ich przyczyny. Przytacza też różnorodne badania, zarówno cudze, jak i te prowadzone przez jej pracownię, pozwalające w nierzadko zaskakujący sposób potwierdzać lub obalać różne hipotezy (pojawiło się również kilka zdań poświęconych związkowi fitspiracji z kreowaniem nierealistycznych wzorców – czyli temu, o czym pisałam w niedawnym wpisie). Jednak bez obaw! Wszystko jest napisane w sposób prosty, przejrzysty i zrozumiały dla praktycznie wszystkich, niezależnie od wykształcenia.

Choć wiele informacji zawartych w książce było dla mnie dość oczywistych, pojawiały się też kwestie, na które jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi. Generalnie przez praktycznie cały czas czytania towarzyszyło mi poczucie, że czytam o czymś, co dotyczy bezpośrednio również mnie, co doskonale odczuwam codziennie na własnej skórze i widzę dookoła siebie, a zwłaszcza w pracy z pacjentami. Tyle tylko, że wiele z moich myśli i poglądów było luźnymi, porozrzucanymi puzzlami, a dr Engeln pozwoliła mojej głowie zebrać je w kompletną układankę. Dla lepszego zobrazowania tego fascynującego doświadczenia, pozwolę sobie posłużyć się memem:

Tak właśnie to wyglądało.

Dla mnie najważniejszą częścią była ta ostatnia, poświęcona sposobom radzenia sobie z obsesją piękna. Choć zaburzenia odżywiania już za mną, nie wstydzę się przyznać, że w dalszym ciągu mam spore problemy ze swoją samooceną i każda rada, pomagająca je wyciszyć jest dla mnie na wagę złota. Pojawiły się w tej części rzeczy, z którymi trudno było i jest mi się pogodzić (spoiler alert: w tej książce nie przeczytacie, że wszystkie jesteśmy piękne), ale z drugiej strony mam nadzieję, że ta wiedza będzie stanowić dla mnie pewien punkt zwrotny i jednocześnie wyjściowy dla całkowitej zmiany podejścia.

Powiem tak: gdybym była Ministrem Edukacji, migusiem dopisałabym „Obsesję piękna” do listy lektur obowiązkowych dla gimna…to znaczy, dla dzieci w wieku zwanym niegdyś gimnazjalnym. Pozostaje jednak mieć nadzieje, że po prostu sięgnie po nią jak najwięcej osób, niekoniecznie dziewcząt. Osób, które zasilą armię tych, którzy przeciwstawiają się narzucanej nam obsesji na punkcie wyglądu.

Podczas próby kupna książki okazało się, że nie ma jej już w praktycznie żadnym sklepie internetowym. Nie zrażajcie się i spróbujcie poszukać jej w lokalnych bibliotekach – w Gdańsku można ją wypożyczyć w kilku filiach.

O miłości do siebie

Autorką poniższych słów jest terapeutka Joanna Buraczek, z którą dzielę gabinet. Pani Asia podobnie jak ja pokonała anoreksję, a swoje doświadczenia wykorzystuje w pracy z osobami cierpiącymi na zaburzenia odżywiania. Ponieważ często podkreśla, jak ważna w procesie zdrowienia jest akceptacja siebie, poprosiłam ją o napisanie kilku słów na ten temat. Słów, które możecie przeczytać mając gorszy dzień, potrzebując motywacji i przypomnienia, że relacja z samym sobą jest najważniejszą relacją w naszym życiu. FB pani Asi: klik.

Kocham Cię – czy wypowiedziałaś kiedyś te słowa do samej siebie? Czy kiedykolwiek pomyślałaś o sobie – jestem super, jestem dobra, cenię siebie za to jaka jestem i kim jestem, jestem w porządku, jestem mądra, jestem ładna. Miałaś tak? A teraz zamknij oczy i pomyśl, jakby to mogło być. Jakby to było, gdybyś siebie polubiła. Co czujesz? Jak się masz? Może wydawać się to banalne, ale jedną z najlepszych moich życiowych decyzji było zrobienie tatuażu „kocham Cię”. Co oznaczają dla mnie te słowa?

Kocham ludzi, których mam wokół siebie, moją Rodzinę, Przyjaciół, bliskich mi Ludzi. Bardzo lubię spotykać się i poznawać nowych ludzi, rozmawiać z nimi, słuchać. Uważam że każdy z Nas jest wyjątkowy i zasługuje na to by być kochanym i słuchanym. Każdy z Nas ma w sobie ogromną wartość, energię, która jest przypisana tylko dla niego. A czy zawsze myślałam tak o sobie? Oczywiście, że nie. A co oznaczają już teraz dla mnie osobiście te słowa? To, że pokochałam też siebie. Naprawdę, niesamowite uczucie. Pokochałam – bo przecież jest to droga, zwłaszcza przy wychodzeniu z zaburzeń odżywiania, w moim przypadku z anoreksji. Gdyby ktoś mi powiedział dziesięć lat temu, że dziś będę się tak mieć – nie wiem czy bym uwierzyła. W końcu nie mogłam nawet na siebie patrzeć. Znasz to uczucie? Gdy stoisz przed lustrem i chcesz by zostało zasłonięte? Jednak. Krok po kroku.

Dostrzeżenie problemu jakim są zaburzenia odżywiania – to pierwszy i jeden z najważniejszych kroków. Co mi jest, co się ze mną dzieje, od kiedy tak mam. Nazwanie tego. Zrozumienie, że zaburzenia odżywiania prowadzą do śmierci, odbijają się z wielką mocą na naszym zdrowiu – na układzie hormonalnym, nerwowym, odpornościowym. Niszczą nasze ciało zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz uszkadzając narządy, atakując serce. Kolejny krok. Przyznanie się, przed samą sobą i bliskimi, że jestem chora, nie daje rady i potrzebuję pomocy. Danie sobie prawa na odczuwanie całego spektrum emocji. Następnie – badania, lekarze, szpital, finalnie terapia, dietetyk, gdy jest potrzeba to psychiatra. Ciężka praca, która trwa wiele miesięcy. Ciężka praca każdego jednego dnia, od samego rana do później nocy. Walka z anoreksją, bulimią, ortoreksją, z myślami, schematami w których chora osoba żyje. Jednak. Gdy zrozumie się co jest na szali, co można stracić, a co można wygrać. Jak może wyglądać życie bez zaburzeń odżywiania – wybór (dla mnie) jest tylko jeden. Walka, której efektem jest poczucie własnej wartości, zaakceptowanie siebie taką jaką się jest, ze wszystkim co mamy – zaletami, wadami, pięknymi cechami, jak i tymi, które nie do końca Nam pasują. Walka z zaburzeniami odżywiania polega na tym, by naprawdę polubić się, za to jaką się jest, bez stawiania sobie wyimaginowanych wymagań.

Docenianie siebie, akceptowanie, polubienie, dostrzeganie małych sukcesów, małych szczęść, walka dla siebie i o swoje życie. A finalnie… taki tatuaż na plecach. Żeby nigdy nie zapomnieć o tym jak jestem dla siebie ważna. A na koniec takie słowa piosenki, które do mnie bardzo mocno trafiają – ‚Chwytaj dzień, z całych sił go łap ‚ – Zbyszek Wodecki’. Czy Ty łapiesz każdego dnia swój dzień, czy pozwalasz na to, by zaburzenia odżywiania go zabierały?

Recovery – najczęściej popełniane błędy

Wychodzenie z zaburzeń odżywiania, popularnie zwane po prostu „recovery”, komuś kto sam nigdy nie cierpiał na żadne z nich może wydawać się banalne. Jak masz anoreksję, to zaczynasz jeść „normalnie”, a jak bulimię to przestajesz wymiotować i – oczywiście – zaczynasz jeść „normalnie”. Tak samo z całą resztą zaburzeń. Tymczasem droga do zdrowia rzadko kiedy jest prosta i bardziej przypomina pokonywanie toru przeszkód. Krok do przodu, dwa w tył, potem rozbieg i skok, upadek, czołganie i tak w kółko.

Na podstawie doświadczeń własnych jak i swoich pacjentek stworzyłam listę kilku najczęściej powielanych schematów, które utrudniają porzucenie zaburzeń odżywiania na dobre.

1. Skupianie się tylko i wyłącznie na problemach z jedzeniem

Zaburzenia odżywiania mogą mieć różnorakie podłoże, tak samo jest też wiele czynników podtrzymujących, które utrudniają nam pozostawienie ich za sobą i sprawiających, że kurczowo się ich trzymamy. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe ich rozpoznanie i praca nad ograniczeniem ich wpływu. W moim przypadku pierwotną przyczyną była dysmorfofobia. Niestety przez wiele lat terapii żaden z psychoterapeutów nie zagłębiał się w ten temat, szukając lub też wymyślając na siłę inne problemy. Nic więc dziwnego, że przez wiele lat żadna próba wyjścia z choroby nie powiodła się. Dopiero kiedy już jako dorosła osoba połączyłam ze sobą wszystkie kropki, wiedziałam, nad czym muszę pracować, jeśli chcę wyzdrowieć. I żeby nigdy nie dopuścić do powrotu anoreksji, nad kwestiami związanymi z postrzeganiem siebie i samooceną pracuję do dziś.

Jeśli Twoje zaburzenia odżywiania są wynikiem potrzeby stałej kontroli i perfekcjonizmu – pracuj też nad tym. Jeśli Twoj stan pogarsza przebywanie z toksycznymi ludźmi – postaraj się odseparować od nich (bywa niestety i tak, że tymi toksycznymi osobami są członkowie rodziny, co znacznie komplikuje sprawę). Jeśli dominuje u Ciebie lęk przed kobiecością i dorosłością – trzeba go oswoić. Można by wymieniać dalej, ale myślę, że przekaz jest zrozumiały. Z problemami będącymi u podłoża ED czasem ciężko poradzić sobie samemu, dlatego zachęcam do szukania skutecznego terapeuty.

2. Sugerowanie się innymi

Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu na powrót do zdrowia, który sprawdzi się u wszystkich. Wiele osób dzieli się w sieci na swoimi schematami i poradami, równie wiele osób o nie prosi. Nie zliczę ile razy zadano mi pytania „Jak wyjść z anoreksji?”. Chciałabym udzielić prostej, konkretnej odpowiedzi, ale jest to niemożliwe. Każdy przypadek jest indywidualny i to, co pomogło jednemu, niekoniecznie musi pomóc Tobie. Warto o tym pamiętać, żeby nie rozczarować się i nie rzucić tego wszystkiego, kiedy coś pójdzie nie po naszej myśli. Jeśli komuś w wyjściu z bulimii pomogło po prostu jedzenie 2000 kcal dziennie, wcale nie jest pewne, że pomoże i Tobie. Niejednokrotnie ślepe kopiowanie schematów kończy się nagłym skokiem masy ciała, a co za tym idzie pogorszeniem samooceny i nastroju, a w konsekwencji nawrotem zaburzeń. Zawsze będę powtarzać, że zamiast przekopywać internet i zadawać pytania na forach, lepiej jest udać się do specjalistów (lekarza psychiatry, dietetyka, psychoterapeuty), którzy doradzą nam w naszym konkretnym przypadku.

3. Przechodzenie ze skrajności w skrajność

Czyli z deszczu pod rynnę. Bardzo często osoby, które przez wiele lat odzwyczaiły się od tego, co nazywamy „normalnym jedzeniem” próbują wskoczyć od razu na „idealną” dietę. Same modne superfoods, najmodniejsze trendy z fit instagramów, wszystko wyliczone co do grama, zero odstępstw. Tym samym dalej ich świat kręci się wokół jedzenia, a restrykcje wcale nie pomagają chociażby w ograniczeniu napadów na „zakazane” produkty. U niektórych może rozwinąć się ortoreksja, która wcale nie musi być mniej niebezpiecznym zaburzeniem. A przecież w zdrowieniu chodzi nie tylko o prawidłowe odżywienie ciała, ale też o wolność umysłu i przewartościowanie priorytetów.

4. Kurczowe trzymanie się swojej „bezpiecznej” masy ciała

Chciałabym być zdrowa, ale nie chcę tyć. Ten punkt najbardziej tyczy się osób cierpiących na anoreksję. Bardzo często mają one ustalone konkretną masę ciała (najcześciej na granicy niedowagi i prawidłowej masy ciała), której absolutnie nie chcą przekraczać. Ot, przybiorę trochę, żeby mieć te 18.5 BMI i żeby wszyscy dali mi spokój, a i ja sama na pewno będę się wtedy fantastycznie czuć. Nic bardziej mylnego. Zrozumiałe jest to, że wraz z decyzją o recovery pojawia się paraliżujący lęk przed tym, że będzie się „tyć w nieskończoność”. Za wszelką cenę chce się mieć ciasto i zjeść ciastko, czyli odzyskać zdrowie, a jednocześnie być przy tym najchudszym, jak się da. To wypacza cały zamysł, bo w końcu kurczowe trzymanie się swojej bezpiecznej masy ciała to nic innego, jak dalsze siedzenie w strefie komfortu swojego zaburzenia. W pewnym momencie trzeba zadecydować – czy na siłę chcę utrzymywać masę o np. 5 kg mniejszą i dalej obwarowywać się restrykcjami, czy pozwolę sobie na dotarcie do optymalnej masy ciała (tej, którą utrzymujemy jedząc intuicyjnie, zgodnie z zapotrzebowaniem). Też kiedyś zrobiłam rachunek zysków i strat i doszłam do wniosku, że ważenie X kg mniej absolutnie nie jest warte moich wysiłków.

5. Odmawianie sobie pomocy

To akurat poważny problem, który swoje podłoże ma w społeczeństwie i jego wciąż małej wiedzy na temat zaburzeń odżywiania. Utarło się przekonanie, że anorektyk to koniecznie osoba z ogromną niedowagą. No a jeśli tak nie jest, to nie ma problemu. Pomijam już sam fakt, że wielu zaburzeń odżywiania po prostu nie sposób dostrzec na pierwszy rzut oka. Niestety w wielu ośrodkach służby zdrowia faktycznie jest problem z otrzymaniem pomocy, jeśli nie jest się w stanie zagrożenia życia i raczej wątpliwe, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Jednak nie można myśleć w kategoriach zero-jedynkowych. To, że nie kwalifikujesz się do leczenia szpitalnego wcale nie oznacza, że nie jesteś „wystarczająco chora/chory” i musisz sobie radzić na własną rękę. Żaden lekarz, psycholog lub dietetyk z wiedzą na temat zaburzeń odżywiania nie zlekceważy Twojego problemu tylko dlatego, że nie wyrządził on jeszcze w Twoim ciele wystarczających zniszczeń. Jeśli nie stać się na prywatne wizyty u specjalistów, nie bój się prosić o pomoc rodzinę. Nikt nie wie, co dzieje się w Twojej głowie i nie ma prawa mówić, że sobie wymyślasz. Strach pomyśleć, ile osób, które popełniły samobójstwo słyszało wcześniej coś podobnego – „przesadzasz”, „wymyślasz sobie problemy” albo „inni mają gorzej, nie wygłupiaj się”. Jeśli zastanawiasz się, czy jesteś w wystarczająco złym stanie żeby zasługiwać na leczenie i pomoc – odpowiedź brzmi: tak, jesteś. Bo samo takie myślenie na to wskazuje.