Dysmorfofobia a zaburzenia odżywiania

Co to w ogóle jest?

Czym w ogóle jest dysmorfofobia, lub kryjąca się w języku angielskim pod skrótem BDD (body dysmorphic disorder)? Jest to zaburzenie polegające na przekonaniu o występowaniu u chorego defektów w wyglądzie fizycznym, niebędących zauważalnymi lub krytycznie postrzeganymi przez ogół społeczeństwa. Prościej mówiąc, kompleks na tyle poważny, że w znacznym stopniu wpływa na pogorszenie jakości życia, a około ¼ chorych podejmuje na pewnym etapie próbę samobójczą (myśli samobójcze ma ponad ¾ chorych) i zwiększa ryzyko współwystępowania innych problemów, np. depresji, zaburzeń lękowych i seksualnych. Wiele chorych próbuje też walczyć z tymi kompleksami poddając się najróżniejszym zabiegom i operacjom plastycznym. Powodem zmartwień najczęściej jest skóra, włosy, nos i masa ciała, ale BDD może być związane z każdą częścią ciała – od oczu, przez łopatki, aż po kostki u nóg. Można wyróżnić kilka cech wspólnych łączących np. anoreksję i dysmorfofobię:

  • Zaburzone postrzeganie własnego ciała
  • Niezadowolenie ze swojego wyglądu
  • Nadmierne skupienie na wyglądzie fizycznym i przydzielanie mu nadmiernej wagi jako składowej w ogólnej samoocenie
  • funkcjonalne i strukturalne dysfunkcje mózgu wpływające na przetwarzanie wrażeń wzrokowych (jeden z najbardziej denerwujących tekstów pt. „to wszystko jest tylko w twojej głowie” w sumie ma rację bytu, bo tak – wszystko jest w głowie i nie można tego ot tak pstryknięciem palca zmienić)
  • Cechy charakterystyczne dla chorych, m.in. perfekcjonizm i niska samoocena

Według aktualnej klasyfikacji DSM-5, BDD nie diagnozuje się w przypadku kiedy zaabsorbowanie wyglądem może być lepiej wytłumaczone przez obawy związane z nadmiarem tkanki tłuszczowej lub masą ciała, u osób, które spełniają kryteria diagnostyczne któregoś z zaburzeń odżywiania. W związku z tym bardzo często u chorych z ED ignoruje się kwestie dotyczące obaw niezwiązanych z masą ciała, tymczasem zaburzenia odżywiania często współwystępują z BDD skupionym na aspektach wyglądu niezwiązanych z figurą. Wśród osób z zaburzeniami odżywiania odsetek chorych równocześnie na BDD wynosi ok. 15-30%, chociaż w niektórych badaniach można znaleźć też dane o nawet 45-60%. Co więcej, według badań przeprowadzonych na grupie osób cierpiących na anoreksję i bulimię, BDD najczęściej pojawia się przed rozwinięciem się zaburzeń odżywiania, co może sugerować, że zaburzone zachowania żywieniowe są pewnego rodzaju mechanizmem kompensacyjnym pozwalającym „odrócić uwagę” od pierwotnego problemu.  W rezultacie, po zakończeniu leczenia zaburzeń często dochodzi do nasilenia objawów dysmorfofobii, a to z kolei znów zwiększa szansę na ponowne rozwinięcie się zaburzeń odżywiania. Takie błędne koło.

Czy mam dysmorfofobię?

Mam wrażenie, że nadal jest to problem marginalizowany i ciężko jest uzyskać diagnozę od specjalisty. Przynajmniej w moim przypadku w ciągu wielu lat wizyt u różnych lekarzy i psychologów nikt nigdy nie powiązał anoreksji z ogromnym niezadowoleniem z wyglądu w ogóle, a nie jedynie z masy ciała. Wielu osobom pozostaje więc korzystanie z kwestionariuszy, które można znaleźć w internecie lub literaturze specjalistycznej (na życzenie chętnie udostępnię zestaw posiadanych przeze mnie kwestionariuszy podczas konsultacji). Warto jednak poruszyć ten temat ze swoim psychiatrą/terapeutą.

Leczenie

Zła wiadomość jest taka, że nie ma złotego środka uwalniającego od natrętnych myśli związanych z wyglądem. Zazwyczaj stosuje się inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, czyli leki, które słusznie kojarzą nam się z leczeniem depresji. Bardzo pomocna jest też oczywiście odpowiednia terapia. Jako uzupełnienie można sięgnąć po książkę „Jak pokochać swój wygląd – trening”, która jest poradnikiem stworzonym specjalnie dla cierpiących na BDD. Książka jest trudna do zdobycia, ale chętnie podzielę się nią z pacjentami.

Jak wspierać osoby cierpiące na BDD?

Przede wszystkim należy zawsze mieć na uwadze, że osoba z dysmorfofobią to nie to samo, co osoba z tak naprawdę świetną samooceną, która lubi czasami ponarzekać na swój wygląd tylko po to, żeby otoczenie szybciutko utwierdziło ją w tym, że jest piękna. Mózg osoby z BDD przetwarza informacje wzrokowe inaczej, niż mózg osoby zdrowej, więc w uproszczeniu można powiedzieć, że ona naprawdę nie widzi siebie tak, jak ty lub inni ludzie ją widzicie. Także nie denerwuj się, jeśli twoja koleżanka cierpiąca na dysmorfofobię po raz setny narzeka na swój nos lub dowolną inną część ciała. Po prostu po raz setny powiedz jej, że wszystko z nim w porządku. Nawet, jeśli pomoże to tylko na kilka minut, syp komplementy niczym brokat. Milczenie w tym wypadku jest odbierane przez chorych jako potwierdzenie ich obaw.

Unikać tematów krążących wokół wyglądu, a zwłaszcza tej newralgicznej jego części. Wiesz, że bliska ci osoba nienawidzi swoich zębów? To nie będzie najlepszym pomysłem rozmawianie z nią o prostowaniu, wybielaniu lub komentowanie cudzego uzębienia.  

Zachęcaj, żeby zamiast zbierać tysiące na operację, która wcale nie gwarantuje, że dolegliwości się zmniejszą, zainwestowała w swój rozwój i np. podjęła terapię.

Literatura:

Cerea S., Bottesi G., Grisham J., Ghisi M. Non-weight-related body image concerns and Body Dysmorphic Disorderprevalence in patients with Anorexia Nervosa. Psychiatry Research, 2018, 267: 120-125

Lin Toh W., Grace S., Rossell S., Castle D., Phillipou A. Body parts of clinical concern in anorexia nervosa versus body dysmorphic disorder: a cross-diagnostic comparison. Australian Psychoatry, 2019

Dong N., Nezgovorova V., Hong K., Hollander E. Pharmacotherapy in Body Dysmorphic Disorder: Relapse Prevention and Novel Treatments. Expert Opin Pharmacother. 2019, 20: 1211-1219

Li W., Man Lai T., Bohon C., Loo S., McCurdy D., Strober M., Bookheimer S., Feusner J.  Anorexia Nervosa and Body Dysmorphic Disorder are associated with abnormalities in processing visual information. Psychol Med, 2015, 45: 2111-2122

Grubszy = mniej chory?

W społeczeństwie utarło się fałszywe przekonanie, że każda osoba cierpiąca na zaburzenia odżywiania jest wychudzona lub przynajmniej bardzo szczupła. Chociaż coraz więcej mówi się o tym, że przekonanie to jest błędne, a dzięki chociażby wartym obserwowania social mediom informacja ta trafia do coraz szerszej grupy osób, nie tylko tych stricte zainteresowanych tematem, to wciąż jest to duży problem, skutecznie zniechęcający tysiące chorych do poszukiwania pomocy, lub wręcz uniemożliwiający jej otrzymanie np. w szpitalu.

W tym wpisie chciałam zapoznać Was z ciekawym badaniem, które opublikowano w zeszłym miesiącu w prestiżowym czasopiśmie International Journal of Eating Disorders, a które niestety czarno na białym pokazuje, jak postrzeganie cudzej choroby zmienia się w zależności od masy ciała chorego.

Przebieg badania

W badaniu wzięło udział 320 osób. Każdej z nich przedstawiano wybraną losowo, jedną z 6 przygotowanych notatek dotyczących fikcyjnej, 21-letniej pacjentki cierpiącej na bulimię. W notatkach podane były podstawowe informacje dotyczące stanu zdrowia pacjentki, a także masa ciała i częstotliwość zachowań bulimicznych. Przedstawiały się następująco:

  • niedowaga (BMI=17,7), zachowania bulimiczne codziennie
  • niedowaga (BMI=17,7), zachowania bulimiczne raz w tygodniu
  • prawidłowa masa ciała (BMI=21,5), zachowania bulimiczne codziennie
  • prawidłowa masa ciała (BMI=21,5), zachowania bulimiczne raz w tygodniu
  • nadwaga (BMI=25,2), zachowania bulimiczne codziennie
  • nadwaga (BMI=25,2), zachowania bulimiczne raz w tygodniu

Badacze zwracają uwagę, że wskaźniki BMI dla niedowagi i niedowagi zostały wybrane specjalnie tak, aby w nieznacznym stopniu odbiegać od normy (18,5-24,99). Badani mieli za pomocą konkretnych skali ustosunkować się do 16 stwierdzeń oceniających pacjentkę, np. „Emily potrzebuje pomocy”, „Emily jest leniwa”, „Emily sama jest sobie winna”, a także do propozycji rozwiązań dla pacjentki, np. „wizyta u psychologa/psychiatry”, „wizyta u dietetyka”, „zdrowo się odżywiać, więcej ćwiczyć”, „przepisanie leków na redukcję masy ciała”.

Wyniki badania

Badani w znacząco mniejszym stopniu zgadzali się ze wszystkimi stwierdzeniami potwierdzającymi, że pacjentka jest chora i potrzebuje pomocy, jeśli w otrzymanej notatce była ona przedstawiona jako osoba z nadwagą. Takiej osobie częściej też rekomendowali skorzystanie z tabletek na redukcję masy ciała lub banalne „jeść zdrowiej, ćwiczyć więcej” niż wizytę u psychiatry bądź psychologa.

Wyniki odzwierciedlają brak fundamentalnej wiedzy dotyczącej zaburzeń odżywiania – tego, że każdy przypadek powinien być traktowany równie poważnie, niezależnie od masy ciała. Bardzo duża część ludzi nie zdaje sobie też sprawy z konsekwencji, jakie niesie za sobą bulimia. Gdzieś tam z tyłu głowy mają informację, że anoreksja=wychudzenie=można umrzeć=poważna choroba. Za to w przypadku bulimii ten ciąg myślowy zazwyczaj kończy się na bulimia=je i wymiotuje. Dlatego bardzo dobrze, że powstaje coraz więcej książek, blogów i wideoblogów pokazujących walkę z tym zaburzeniem. Obyśmy w najbliższym latach doczekali się sytuacji, w której masa ciała nie będzie wyznacznikiem, według którego będzie się oceniać, czy ktoś jest chory poważnie, czy „tylko trochę”.

Źródło: Galbraight K., Elmquist J., White M., Grilo C, Lydecker J. Weighty decisions: How symptom severity and weight impact perceptions of bulimia nervosa. International Journal of Eating Disorders, 2019, dostępne on-line.

Czy to jeszcze body positive?

Ostatnio głośno było o poście znanego blogera popularnonaukowego, w którym to oburzał się, że zorganizowane w Warszawie wydarzenie The Real Catwalk było niczym innym, jak promocją nadwagi i otyłości. Dla niewtajemniczonych – celem tego eventu było pokazanie piękna tkwiącego w różnorodności. Po wybiegu przeszły się kobiety o różnych typach sylwetki i zmagające się z różnymi chorobami, które sprawiają, że nie wpisują się w narzucany nam kanon urody. W internecie zawrzało, pojawiło się wiele kompetentnych wypowiedzi z konstruktywną krytyką takiego podejścia i przede wszystkim zaczęła się dyskusja na temat różnic między ruchem body positive a promocją konkretnych typów wyglądu/sylwetki. A nie jest to temat prosty. Ja chciałabym ugryźć go od drugiej strony i spróbować nakreślić granicę między tym, co można uznać za promowanie akceptacji swojego ciała, a tym, co promuje raczej zaburzenia odżywiania.

„Niczego nie promuję tym zdjęciem”

Jedna z moich obserwujących podesłała mi kiedyś instagramowy profil dziewczyny chorującej na zaawansowaną anoreksję i zajmującej się modelingiem. Spytała, co sądzę o takich profilach i czy podpis umieszczany pod każdym zdjęciem („Niczego nie promuję tym zdjęciem, nie pro-ana”) ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście pokazywanych obrazów. Poczytałam komentarze, pogooglałam, pooglądałam podobne profile, których pełno jest w internetach. Przypomniałam sobie o sytuacji, kiedy napisałam do internetowego sklepu, że zamieszczanie zdjęć wychudzonych klientek pozujących tak, żeby wyglądać na jeszcze bardziej wychudzone jest bardzo nieodpowiedzialne i spotkałam się z klasyczną pasywno-agresywną odpowiedzią. Bo przecież każdy ma prawo być zadowolonym ze swojego ciała i je pokazywać. Pogadałam z różnymi osobami, tymi z historią zaburzeń odżywiania i tymi bez niej, bo w końcu doświadczenia związane z ED sprawiają, że w kwestii niektórych spraw już przez całe życie jesteśmy „nadwrażliwi”.

Przede wszystkim pierwsze co nasuwa mi się na myśl, to jedna z często powtarzanych przez psychologów i pedagogów fraz: „dzieci nas nie słuchają, tylko naśladują”. Jeśli paląca mama będzie powtarzać swojej latorośli, że palenie jest fu i be, ale jednocześnie robić to przez wiele lat – jaki przekaz dostaje dziecko? To w końcu jest fuj czy nie, skoro mama ciągle to robi? Postawmy siebie i wszystkie osoby mające styczność z internetowymi treściami w roli dzieci. Jeśli ktoś nam mówi, że nie promuje wychudzonej sylwetki, ale przez kilka lat przekazuje treści skupiające się tejże sylwetce i dające do zrozumienia „hej, na byciu wychudzonym można zrobić karierę!” – jaki końcowy przekaz otrzymujemy? O ile osoby takie jak ja, które koszmar anoreksji mają za sobą, mają pewne mechanizmy obronne, które pozwalają filtrować takie treści, o tyle taka 15-letnia, niezadowolona z siebie dziewczyna niekoniecznie. Wrzucając cokolwiek do internetu, zwłaszcza na publiczne profile, a już tym bardziej na komercyjne profile (jak np. wspomniany sklep internetowy) musimy mieć świadomość, że prezentujemy jakąś postawę i być może dokładamy swoją cegiełkę do czyjegoś światopoglądu. Badania naukowe sprawiają sprawę jasno – obrazy wychudzonych ciał są czynnikiem nasilającym niezadowolenie z własnego ciała i zwiększającymi nasilenie zaburzeń odżywiania. A jeśli są to obrazy pokazujące to wychudzenie jako coś sensualnego i erotycznego, to jeszcze gorzej. Badań na ten temat jest mnóstwo, w bibliografii znajdziecie kilka z nich, które analizowałam już przy okazji wpisu o fitspiracjach [1,2,3]. A jeśli ktoś potrzebuje bardziej życiowych dowodów, wystarczy zagłębić się w komentarze pod takimi zdjęciami. Pamiętam, że w czasach swojej choroby zawsze denerwowałam się, kiedy ktoś komplementował moje wychudzone ciało. „Jak ty to robisz? Też bym tak chciała!”. Nie, nie chciałabyś, gdybyś wiedziała, jaka jest cena. I nie powinnaś chcieć, bo to jest sytuacja patologiczna i zagrażająca życiu. I ja też nie chcę słyszeć, że niby to jest piękne, kiedy walczę o to, żeby zacząć myśleć inaczej. Nie chciałam być inspiracją, nie chciałam zachęcać nikogo do odchudzania. Chciałam przytulić każdą osobę, która choć przez moment pomyślała, że też chciałaby tak wyglądać i powiedzieć, że nie tędy droga. Między innymi dlatego od dawna angażuję się w pomoc osobom cierpiącym na zaburzenia odżywiania. Prawdą jest, że choroby takie jak anoreksja w znaczny sposób ograniczają logiczne i racjonalne myślenie, a na dodatek sprawiają, że ludzie ranią swoich bliskich, ale myślę, że nie odbierają poczucia sumienia i całkowitej zdolności oceny następstw swoich zachowań. Także jeśli osoba w widoczny sposób chorująca na zaburzenia odżywiania (przestańmy się oszukiwać, że ktoś „naturalnie” ma BMI w okolicach np. 15) promuje się poprzez zdjęcia swojego wychudzonego ciała (bo nie mówię tu o pojedynczym zdjęciu na typowo osobistym profilu) i widzi, jakiego rodzaju ma pod nimi odzew, to moje zdanie jest takie: nie pochwalam, zostawiam to jej sumieniu. I żadna ilość podpisów „ja niczego nie promuję” nie przekona mnie do zmiany zdania.

Choroba chorobie nierówna

Można oczywiście pomyśleć o analogicznych sytuacjach związanych z innymi chorobami, chociażby z łuszczycą lub AZS, które też bardzo utrudniało mi życie. Czy osoba mająca zmiany skórne powinna się ich wstydzić? Nie. Czy powinna mieć zakaz prezentowania ich w mediach społecznościowych? No pewnie, że nie. Tylko czy tego typu choroba może się rozwinąć w wyniku czynników socjo-psychologicznych? Nie. I to odróżnia ją od zaburzeń odżywiania. Trzeba też wziąć pod uwagę kontekst kulturowy i czasy, w jakich żyjemy. Podobno body positivity promuje otyłość. Czy jednak ktokolwiek widział pod jakimkolwiek zdjęciem osoby z otyłością komentarze „chciałabym mieć twoją figurę?”. Czy znasz kogokolwiek, kto od patrzenia na dziewczyny z nadwagą stwierdził, że w sumie to powinien przytyć tak ze 20 kg? Czy znasz jakąkolwiek celebrytkę uczącą ludzi, jak żyć, żeby mieć nadwagę? Czy w jakiejkolwiek gazecie rzucił ci się w oczy nagłówek „przytyj 10 kg do lata”? Nie? No właśnie. Dlatego nie można stawiać znaku równości między wszystkimi chorobami i rozpatrywać każdego przypadku na zasadzie analogii.

Ale przecież każde ciało jest piękne…

To prawda, choroby nie czynią ludzi brzydkimi i takie myślenie powinno być standardem. Ani patrząc na osobę z otyłością, ani ze skrajną niedowagą nie myślę sobie „fuj, okropność”. Tylko tutaj zbliżamy się do pewnej sprzeczności. Body positivity niesie przekaz zgodnie z którym powinniśmy akceptować swoje ciało takim, jakim jest niejako naturalnie, bez wkładania wysiłków (a wysiłkiem może być makijaż, depilacja, odchudzanie, dla każdego coś innego). Tymczasem anoreksja to zupełne przeciwieństwo akceptacji ciała w jego naturalnym stanie. To bezustanna walka z nim i balansowanie na granicy życia i śmierci. A jeśli kochasz i akceptujesz swoje ciało, to nie krzywdzisz go. Właśnie dlatego uważam, że żaden content pokazujący wygłodzone ciała nie jest bodyposi. Jego przekazem może być sprzeciw wobec stygmatyzacji osób dotkniętych zaburzeniami odżywiania, bo to też jest poważny problem i temat-rzeka.

We wpisie przedstawiłam, jakie jest moje zdanie i rozumiem, że ktoś może mieć odmienne. Co więcej, chętnie je poznam, bo dyskusja na delikatne temat, choć trudna i często pełna nerwów i emocji, jest bardzo potrzebna. Co pokazało chociażby właśnie ostatnie zamieszanie wokół The Real Catwalk.

Bibliografia:

1. Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195

2. Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017

3. Ghaznavi J., Taylor L. Bones, body parts, and sex appeal: An analysis of #thinspiration images on popular social media. Body Image, 2015, 14: 54-61


Na krawędzi widelca – spowiedź bulimiczki.

Kolejna już – po Zapleczu – książka o zaburzeniach odżywiania, o której chciałabym napisać kilka słów. Poleciła mi ją pacjentka z czego bardzo się cieszę, bo jej wydanie jakoś umknęło mojej uwadze w ostatnich latach. Do jej czytania podeszłam głównie z zamiarem lepszego zrozumienia osób, które zmagają się z problemem, przez który nie przeszłam osobiście, a więc z bulimią i pod tym względem się nie zawiodłam.

Na ponad 300 stronach Natalia Krzesłowska opisała dokładnie (w końcu spowiedź w tytule zobowiązuje) swoje życie z bulimią, depresją i samookaleczaniem. Każdemu z tych zjawisk jest poświęcony osobny rozdział, przez co konkretne wydarzenia i myśli powtarzają się kilkukrotnie w trakcie lektury i czasem wprowadzają mały chaos, ale z drugiej strony dzięki temu można łatwo wrócić do wybranego, konkretnego rozdziału poświęconemu interesującemu nad problemowi. Bardzo duża część tekstu nie to tyle co opis wydarzeń i postępującej choroby, co analiza własnych odczuć i próba odszukania przyczyny destrukcyjnych zachowań. Ogromnie doceniam szczerość i odwagę, których wymagało zwierzenie się z bardzo intymnych problemów i krytyczne spojrzenie na własne postępowanie, nie tylko związane stricte z jedzeniem, ale też m.in. z tworzeniem relacji międzyludzkich. Dodatkowo jest to dość ciekawy opis przypadku, w którym nie pojawia się jeden z najczęściej występujących czynników prowadzących do zaburzeń odżywiania. Sama przez pół książki zastanawiałam się, skąd nagle ta depresja, skąd epizod anoreksji?

Co najważniejsze dla wszystkich, którzy nadal zmagają się z zaburzeniami odżywiania, ta historia daje nadzieję i konkretne – mniej lub bardziej oczywiste – wskazówki, które mogą być pomocne w powrocie do zdrowia. Szczerze mówiąc, niektóre z nich sama próbuję wdrażać, żeby poprawiać najważniejszą relację w moim życiu, czyli relację z samą sobą. A bez tego ani rusz! Proces wychodzenia z ED – jeśli ma być trwały – powinien postępować równolegle z nauką akceptacji swojego ciała. Bardzo ważna kwestia, która również zostaje poruszona to przyjęcie swojego zdrowia za priorytet. W dalszym ciągu ciężko wielu Polakom zaakceptować, że praca, nauka i pieniądze NIE SĄ ważniejsze niż skupienie się na leczeniu. I choć wiadomo, że nie w każdej sytuacji można sobie pozwolić na kompletną i kosztowną terapię lub rezygnację z pracy, zawsze pozostaje nam możliwość dysponowania własnym czasem i tymi pieniędzmi, które możemy wykorzystać.

Jeśli zatem dotyczy Was którykolwiek z opisywanych w książce problemów, lub potrzebujecie pomocy w zrozumieniu, jak pomóc osobie bliskiej – warto poświęcić trochę czasu i przebrnąć przez całość.



Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


„Obsesja piękna” – krótka recenzja

Na książkę „Obsesja piękna” natykałam się co jakiś czas w mediach społecznościowych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze miałam akurat coś innego do kupienia i przeczytania. Na szczęście jedna z obserwatorek skutecznie przypomniała mi, że czas po nią sięgnąć, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że swoją krótką recenzją zachęcę do jej przeczytania również Was.

Podtytuł książki idealnie podsumowuje jej zawartość – „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”. Ponieważ autorką jest uznana profesor psychologii, nastawiałam się na treści, jakie lubię najbardziej – podparte dowodami naukowymi. W obecnych czasach umiejętność filtrowania informacji i oddzielania prawdy od mitów jest wyjątkowo przydatna. Studia wyrobiły we mnie pewien dobry nawyk – zanim wyrobisz sobie zdanie na jakiś temat, popatrz, co na ten temat mówi nauka i ludzie z większym doświadczeniem. Jeśli macie podejście podobne do mnie – nie będziecie zawiedzeni.

Książka składa się z 5 części, które poddają dokładnej analizie kwestie tego, czym w ogóle owa obsesja piękna jest, jak wpływa na kobiety, rolę mediów w jej kreowaniu, a także mniej i bardziej skuteczne sposoby walki z nią. W każdej z części pojawiają się sylwetki kobiet, z którymi autorka rozmawiała w trakcie pisania. Różnią się one wiekiem, pochodzeniem, podejściem do życia, ale łączy je jedno: miały bądź nadal mają problemy z akceptacją swojego ciała i – w większości przypadków – zaburzeniami odżywiania . Wokół ich wypowiedzi autorka snuje wykład tłumaczący ich zachowania i wyjaśniający ich przyczyny. Przytacza też różnorodne badania, zarówno cudze, jak i te prowadzone przez jej pracownię, pozwalające w nierzadko zaskakujący sposób potwierdzać lub obalać różne hipotezy (pojawiło się również kilka zdań poświęconych związkowi fitspiracji z kreowaniem nierealistycznych wzorców – czyli temu, o czym pisałam w niedawnym wpisie). Jednak bez obaw! Wszystko jest napisane w sposób prosty, przejrzysty i zrozumiały dla praktycznie wszystkich, niezależnie od wykształcenia.

Choć wiele informacji zawartych w książce było dla mnie dość oczywistych, pojawiały się też kwestie, na które jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi. Generalnie przez praktycznie cały czas czytania towarzyszyło mi poczucie, że czytam o czymś, co dotyczy bezpośrednio również mnie, co doskonale odczuwam codziennie na własnej skórze i widzę dookoła siebie, a zwłaszcza w pracy z pacjentami. Tyle tylko, że wiele z moich myśli i poglądów było luźnymi, porozrzucanymi puzzlami, a dr Engeln pozwoliła mojej głowie zebrać je w kompletną układankę. Dla lepszego zobrazowania tego fascynującego doświadczenia, pozwolę sobie posłużyć się memem:

Tak właśnie to wyglądało.

Dla mnie najważniejszą częścią była ta ostatnia, poświęcona sposobom radzenia sobie z obsesją piękna. Choć zaburzenia odżywiania już za mną, nie wstydzę się przyznać, że w dalszym ciągu mam spore problemy ze swoją samooceną i każda rada, pomagająca je wyciszyć jest dla mnie na wagę złota. Pojawiły się w tej części rzeczy, z którymi trudno było i jest mi się pogodzić (spoiler alert: w tej książce nie przeczytacie, że wszystkie jesteśmy piękne), ale z drugiej strony mam nadzieję, że ta wiedza będzie stanowić dla mnie pewien punkt zwrotny i jednocześnie wyjściowy dla całkowitej zmiany podejścia.

Powiem tak: gdybym była Ministrem Edukacji, migusiem dopisałabym „Obsesję piękna” do listy lektur obowiązkowych dla gimna…to znaczy, dla dzieci w wieku zwanym niegdyś gimnazjalnym. Pozostaje jednak mieć nadzieje, że po prostu sięgnie po nią jak najwięcej osób, niekoniecznie dziewcząt. Osób, które zasilą armię tych, którzy przeciwstawiają się narzucanej nam obsesji na punkcie wyglądu.

Podczas próby kupna książki okazało się, że nie ma jej już w praktycznie żadnym sklepie internetowym. Nie zrażajcie się i spróbujcie poszukać jej w lokalnych bibliotekach – w Gdańsku można ją wypożyczyć w kilku filiach.

Recovery – najczęściej popełniane błędy

Wychodzenie z zaburzeń odżywiania, popularnie zwane po prostu „recovery”, komuś kto sam nigdy nie cierpiał na żadne z nich może wydawać się banalne. Jak masz anoreksję, to zaczynasz jeść „normalnie”, a jak bulimię to przestajesz wymiotować i – oczywiście – zaczynasz jeść „normalnie”. Tak samo z całą resztą zaburzeń. Tymczasem droga do zdrowia rzadko kiedy jest prosta i bardziej przypomina pokonywanie toru przeszkód. Krok do przodu, dwa w tył, potem rozbieg i skok, upadek, czołganie i tak w kółko.

Na podstawie doświadczeń własnych jak i swoich pacjentek stworzyłam listę kilku najczęściej powielanych schematów, które utrudniają porzucenie zaburzeń odżywiania na dobre.

1. Skupianie się tylko i wyłącznie na problemach z jedzeniem

Zaburzenia odżywiania mogą mieć różnorakie podłoże, tak samo jest też wiele czynników podtrzymujących, które utrudniają nam pozostawienie ich za sobą i sprawiających, że kurczowo się ich trzymamy. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe ich rozpoznanie i praca nad ograniczeniem ich wpływu. W moim przypadku pierwotną przyczyną była dysmorfofobia. Niestety przez wiele lat terapii żaden z psychoterapeutów nie zagłębiał się w ten temat, szukając lub też wymyślając na siłę inne problemy. Nic więc dziwnego, że przez wiele lat żadna próba wyjścia z choroby nie powiodła się. Dopiero kiedy już jako dorosła osoba połączyłam ze sobą wszystkie kropki, wiedziałam, nad czym muszę pracować, jeśli chcę wyzdrowieć. I żeby nigdy nie dopuścić do powrotu anoreksji, nad kwestiami związanymi z postrzeganiem siebie i samooceną pracuję do dziś.

Jeśli Twoje zaburzenia odżywiania są wynikiem potrzeby stałej kontroli i perfekcjonizmu – pracuj też nad tym. Jeśli Twoj stan pogarsza przebywanie z toksycznymi ludźmi – postaraj się odseparować od nich (bywa niestety i tak, że tymi toksycznymi osobami są członkowie rodziny, co znacznie komplikuje sprawę). Jeśli dominuje u Ciebie lęk przed kobiecością i dorosłością – trzeba go oswoić. Można by wymieniać dalej, ale myślę, że przekaz jest zrozumiały. Z problemami będącymi u podłoża ED czasem ciężko poradzić sobie samemu, dlatego zachęcam do szukania skutecznego terapeuty.

2. Sugerowanie się innymi

Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu na powrót do zdrowia, który sprawdzi się u wszystkich. Wiele osób dzieli się w sieci na swoimi schematami i poradami, równie wiele osób o nie prosi. Nie zliczę ile razy zadano mi pytania „Jak wyjść z anoreksji?”. Chciałabym udzielić prostej, konkretnej odpowiedzi, ale jest to niemożliwe. Każdy przypadek jest indywidualny i to, co pomogło jednemu, niekoniecznie musi pomóc Tobie. Warto o tym pamiętać, żeby nie rozczarować się i nie rzucić tego wszystkiego, kiedy coś pójdzie nie po naszej myśli. Jeśli komuś w wyjściu z bulimii pomogło po prostu jedzenie 2000 kcal dziennie, wcale nie jest pewne, że pomoże i Tobie. Niejednokrotnie ślepe kopiowanie schematów kończy się nagłym skokiem masy ciała, a co za tym idzie pogorszeniem samooceny i nastroju, a w konsekwencji nawrotem zaburzeń. Zawsze będę powtarzać, że zamiast przekopywać internet i zadawać pytania na forach, lepiej jest udać się do specjalistów (lekarza psychiatry, dietetyka, psychoterapeuty), którzy doradzą nam w naszym konkretnym przypadku.

3. Przechodzenie ze skrajności w skrajność

Czyli z deszczu pod rynnę. Bardzo często osoby, które przez wiele lat odzwyczaiły się od tego, co nazywamy „normalnym jedzeniem” próbują wskoczyć od razu na „idealną” dietę. Same modne superfoods, najmodniejsze trendy z fit instagramów, wszystko wyliczone co do grama, zero odstępstw. Tym samym dalej ich świat kręci się wokół jedzenia, a restrykcje wcale nie pomagają chociażby w ograniczeniu napadów na „zakazane” produkty. U niektórych może rozwinąć się ortoreksja, która wcale nie musi być mniej niebezpiecznym zaburzeniem. A przecież w zdrowieniu chodzi nie tylko o prawidłowe odżywienie ciała, ale też o wolność umysłu i przewartościowanie priorytetów.

4. Kurczowe trzymanie się swojej „bezpiecznej” masy ciała

Chciałabym być zdrowa, ale nie chcę tyć. Ten punkt najbardziej tyczy się osób cierpiących na anoreksję. Bardzo często mają one ustalone konkretną masę ciała (najcześciej na granicy niedowagi i prawidłowej masy ciała), której absolutnie nie chcą przekraczać. Ot, przybiorę trochę, żeby mieć te 18.5 BMI i żeby wszyscy dali mi spokój, a i ja sama na pewno będę się wtedy fantastycznie czuć. Nic bardziej mylnego. Zrozumiałe jest to, że wraz z decyzją o recovery pojawia się paraliżujący lęk przed tym, że będzie się „tyć w nieskończoność”. Za wszelką cenę chce się mieć ciasto i zjeść ciastko, czyli odzyskać zdrowie, a jednocześnie być przy tym najchudszym, jak się da. To wypacza cały zamysł, bo w końcu kurczowe trzymanie się swojej bezpiecznej masy ciała to nic innego, jak dalsze siedzenie w strefie komfortu swojego zaburzenia. W pewnym momencie trzeba zadecydować – czy na siłę chcę utrzymywać masę o np. 5 kg mniejszą i dalej obwarowywać się restrykcjami, czy pozwolę sobie na dotarcie do optymalnej masy ciała (tej, którą utrzymujemy jedząc intuicyjnie, zgodnie z zapotrzebowaniem). Też kiedyś zrobiłam rachunek zysków i strat i doszłam do wniosku, że ważenie X kg mniej absolutnie nie jest warte moich wysiłków.

5. Odmawianie sobie pomocy

To akurat poważny problem, który swoje podłoże ma w społeczeństwie i jego wciąż małej wiedzy na temat zaburzeń odżywiania. Utarło się przekonanie, że anorektyk to koniecznie osoba z ogromną niedowagą. No a jeśli tak nie jest, to nie ma problemu. Pomijam już sam fakt, że wielu zaburzeń odżywiania po prostu nie sposób dostrzec na pierwszy rzut oka. Niestety w wielu ośrodkach służby zdrowia faktycznie jest problem z otrzymaniem pomocy, jeśli nie jest się w stanie zagrożenia życia i raczej wątpliwe, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Jednak nie można myśleć w kategoriach zero-jedynkowych. To, że nie kwalifikujesz się do leczenia szpitalnego wcale nie oznacza, że nie jesteś „wystarczająco chora/chory” i musisz sobie radzić na własną rękę. Żaden lekarz, psycholog lub dietetyk z wiedzą na temat zaburzeń odżywiania nie zlekceważy Twojego problemu tylko dlatego, że nie wyrządził on jeszcze w Twoim ciele wystarczających zniszczeń. Jeśli nie stać się na prywatne wizyty u specjalistów, nie bój się prosić o pomoc rodzinę. Nikt nie wie, co dzieje się w Twojej głowie i nie ma prawa mówić, że sobie wymyślasz. Strach pomyśleć, ile osób, które popełniły samobójstwo słyszało wcześniej coś podobnego – „przesadzasz”, „wymyślasz sobie problemy” albo „inni mają gorzej, nie wygłupiaj się”. Jeśli zastanawiasz się, czy jesteś w wystarczająco złym stanie żeby zasługiwać na leczenie i pomoc – odpowiedź brzmi: tak, jesteś. Bo samo takie myślenie na to wskazuje.

Fitspiracje a zaburzenia odżywiania

Chyba każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z zaburzeniami odżywiania słyszał o tzw. thinspiracjach (lub krócej thinspo), czyli zdjęciach wychudzonych ciał, mających zmotywować do chudnięcia lub tkwienia w chorobie. Przed epoką Instagrama i Tumblra można było je znaleźć głównie na blogach typu pro-ana lub pro-mia, a obecnie – mniej lub bardziej zawoalowane – niestety panoszą się praktycznie wszędzie. O ich szkodliwości i wpływie na rozwój i podtrzymanie zaburzeń odżywiania pisano i mówiono już setki razy. Dlatego też, kiedy kilka lat temu globalnym trendem zaczęło się stawać szczupłe, wyćwiczone ciało, wydawało się, że w końcu problem się zmniejszy. Czy tak rzeczywiście się stało?

Obecnie bada się i opisuje naukowo praktycznie każde zjawisko – użycie konkretnych hashtagów, memy, a nawet związek między Snapchatowymi filtrami a operacjami plastycznymi. Nic więc dziwnego, że znaleźli się również badacze, którzy zajęli się zjawiskiem fitspiracji.

Żeby coś zbadać, trzeba to najpierw opisać. Fitspiracje zostały scharakteryzowane jako wyidealizowane obrazy szczupłych sylwetek z widocznym zarysem mięśni. Tak jak i thinspiracje, są treścią skupiającą uwagę na wyglądzie zewnętrznym. Szacuje się, że przyciągają one ok. 6 razy więcej odbiorców niż thinspiracje. Pomimo tego, że zdjęcia i posty tego typu teoretycznie powinny zachęcać do dbania o swoje zdrowie, w kilku badaniach stwierdzono, że ekspozycja na nie zwiększa niezadowolenie z własnego ciała, które jest jedną z największych sił napędowych zaburzeń odżywiania i tzw. negatywny afekt (niestety nie wiem, czy jest dobry polski odpowiednik tego terminu, więc po jego wyjaśnienie odsyłam np. tutaj). Co więcej, osoby zamieszczające takie treści bardzo często wykazują symptomy charakterystyczne dla zaburzeń odżywiania. Autorzy badań, na których skupiam się w tym wpisie, zasugerowali pewien model w prostu sposób opisujący te zależności.

Na podstawie: Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195

Social media oparte na treściach wizualnych to m.in. Instagram, Facebook, Tumblr, Pinterest. Korzystanie z nich daje duże prawdopodobieństwa natknięcia się zarówno na thinspiracje jak i fitspiracje. To z kolei prowadzi do porównywanie swojego własnego wyglądu z tym przedstawionym na zdjęciach. W wyniku porównań pojawia się niezadowolenie z własnego ciała i chęć jego zmiany w kierunku zobaczonego „ideału”, a to z kolei daje rezultat w postaci symptomów zaburzeń odżywiania, np. głodówek, przeczyszczania lub wymiotów. Są też strzałki wiodące bezpośrednio od ekspozycji na treści do symptomów. Autorzy badania podają taki przykład: zdjęcie wychudzonej sylwetki z podpisem „Czy liczyłaś dziś kalorie?” może spowodować, że odbiorca automatycznie, bez porównywania swojego wyglądu z tym przedstawionym na zdjęciu, wprowadzi restrykcje w podaży energii. Z kolei zakrzywiona strzałka pomiędzy dwoma typami treści obrazuje współistnienie zarówno thinspiracji jak i fitspiracji w tych samych miejscach.

W badaniu wzięło udział 228 pełnoletnich osób, w zdecydowanej większości kobiet, ze zdiagnozowanymi zaburzeniami odżywiania. Za pomocą odpowiednich kwestionariuszy sprawdzano m.in. jak często spotykają się z fit i thinspiracjami, jaki ma to wpływ na tendencje do porównywania się z innymi oraz na intensywność występowania objawów zaburzeń odżywiania. Wyniki potwierdziły, większość przewidywań badaczy, w tym wyraźną ścieżkę od fitspiracji, poprzez porównywanie wyglądu, do symptomów zaburzeń odżywiania. Nie potwierdziło się za to istnienie wyraźnej ścieżki prowadzącej bezpośrednio od fitspiracji do zaburzeń odżywiania, co zapewne ma związek z tym, że treści te same w sobie, w przeciwieństwie do thinspiracji, zazwyczaj nie zachęcają do szkodliwych zachowań. Badania te, jak każde, miały swoje ograniczenia i ich wyniki prawdopodobnie wyglądałyby inaczej wśród różnych populacji. Niemniej jednak, tak jak kilka innych publikacji wymienionych w bibliografii, potwierdzają istnienie negatywnego wpływu fit-obsesji na występowanie i rozwój zaburzeń odżywiania. Bardzo możliwe, że jest to związane z tym, że fitspiracje często pokazują równie nienaturalne sylwetki, mające sporo wspólnego z thinspiracjami. Inni badacze pofatygowali się o analizę treści zamieszczanych pod hashtagami thinspiration, fitspiration i bonespiration (czyli skupiających się na ekspozycji wystających kości, najprościej mówiąc). Nie będę włączać do porównania bonespiracji, jako formy zupełnie skrajnej. Tabela pokazuje, jaki procent zdjęć znalezionych pod danym hashtagiem ukazywał konkretne cechy.

Na podstawie: Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017

Nawet bez szczegółowych statystyk nietrudno zauważyć, że niestety często jednym, co odróżnia fitspirację od thinspiracji jest strój do ćwiczeń. Ostatnio burzę wywołała chociażby Ewa Chodakowska, wstawiając zdjęcie swojego umięśnionego brzucha z podpisem oznajmiającym, że „się roztyła”. Nie śledzę na bieżąco działalności Ewy plus z tego co wiem jest to osoba z dość dużym dystansem do siebie, jednak jak można się domyśleć, wiele osób zmagających się z niską samooceną odebrało ten post bardzo źle. Niejednokrotnie spotykałam się też z opinią, że kreowanie się na „fitstagramerkę” (jak zwał, tak zwał) daje przyzwolenie na epatowanie golizną w social mediach (a to, jak wiemy, w obecnych czasach prosty sposób na zwiększanie zasięgów i popularności). Ja osobiście nigdy nie byłam zwolenniczką fit-obsesji i od początku twierdziłam, że może być ona równie szkodliwa, jak moda na wystające kości. Nie śledzę też na bieżąco kont, które prezentują szkodliwą moim zdaniem zawartość, gdyż jest wystarczająco dużo osób, które pokazują sylwetki możliwe do osiągnięcia przez przeciętną osobę, nie spamują zdjęciami wypiętych pup i wciągniętych brzuchów, a jednocześnie pokazują, że najważniejsze jest zachowanie rozsądku i nie popadanie w skrajności. Swoją drogą, jeśli znacie osoby prowadzące takie konta, możecie podesłać w komentarzu. J Was również zachęcam nie do piętnowania, ale raczej do zastanowienia się nad tym, jaki wpływ mają fitspiracje na Was, a także jak prezentowane przez Was tego typu treści mogą wpływać na innych.

  1. Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195
  2. Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017
  3. Tiggemann  M., Zaccardo M. “Exercise  to  be fit, not skinny: The effect of thinspiration imagery on women’s body image. Body Image, 2015, 15: 61-67
  4. Robinson L., Prichard I., Nikolaidis A., Drummond C., Drummond M.,  Tiggemann M. Idealised media images: The effect of fitspiration imagery on body satisfaction and exercise behaviour. Body Image, 2017, 22: 65–71

Zaburzenia odżywiania a studia

Często słyszy się, że na psychologię idą ci, którzy sami mają problemy i liczą na pomoc samemu sobie.  O to ile jest w tym prawdy, trzeba by spytać samych psychologów lub osoby wykładające na tym kierunku, jednak coraz częściej słyszę i czytam, że podobnie dzieje się też na kierunku dietetycznym. Jak to zatem jest? Czy wybór dietetyki w przypadku osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania jest rozsądny? Czy decyzja taka może pogłębić chorobę czy wręcz przeciwnie – pomóc z niej wyjść? Postaram się pokrótce przekazać moje przemyślenia związane z tym tematem.

Obawy, które często towarzyszą osobom z ED chcącym podjąć studia na tym kierunku to zazwyczaj:

  • Konieczność poświęcania dużej uwagi zagadnieniom związanym z jedzeniem
  • Możliwa styczność z osobami przykładającymi nadmierną wagę do swojej figury i masy ciała
  • Praca z jadłospisami, studiowanie tabel wartości odżywczej
  • Presja społeczna – „dietetyk powinien jeść zdrowo i tak też wyglądać”
  • Perspektywa pracy z osobami chorymi na ten sam typ zaburzeń

Idąc na dietetykę na Uniwersytecie Medycznym również miałam podobne wątpliwości, zwłaszcza że okolice matury zbiegły się u mnie z najcięższym okresem anoreksji. Co się okazało?

Wbrew pozorom na dietetyce wcale nie rozmawia się tyle o samym jedzeniu, ile mogłoby się wydawać. Zwłaszcza pierwszy rok to intensywna nauka anatomii, biochemii, fizjologii i różnych przedmiotów raczej mało związanych z żywieniem. Nikt nie wymaga też od studentów wkuwania tabel z wartością energetyczną produktów. O samych zaburzeniach odżywiania mowa była tylko na kilku wykładach. Właściwie jedynym przedmiotem, który okazał się być dla mnie wyzwaniem była antropometria, podczas której trzeba było wykonywać mnóstwo pomiarów ciała, a ja – po okresie nie ważenia się przez prawie 2 lata – byłam na to jeszcze nieprzygotowana.

 W mojej grupie (zaczynało nas ok. 30 osób) nie było też osób obsesyjnie podchodzących do tematu żywienia. Było kilka dziewczyn zajmujących się sportem, kilka dziewczyn z lekką nadwagą, a jeśli chodzi o osoby mające ewidentny problem z zaburzeniami odżywiania to była nas dwójka. Część osób faktycznie każdego dnia przynosiła pudełka z sałatkami lub innymi „fit” daniami, ale były i takie, które podjadały sobie słodycze. Generalnie atmosfera bez presji jeśli chodzi o temat odżywiania. Początkowo trudność sprawiało obserwowanie pogarszającego się stanu zdrowia koleżanki z roku, ale wraz z poprawą mojego własnego stanu była to coraz mniejsza pożywka dla mojej anoreksji.

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że same studiowanie dietetyki nie powinno mieć znaczącego wpływu jeśli chodzi o dalszy rozwój zaburzeń odżywiania. No chyba, że ktoś wybiera ten kierunek z celowym zamiarem utrzymania swoich myśli wokół tematyki kalorii i jedzenia. Nauka o funkcjonowaniu człowieka i racjonalnym żywieniu czy też dietoterapii różych jednostek chorobowych w żaden sposób nie była dla mnie przeszkodą jeśli chodzi o podjęcie pierwszych poważnych kroków w kierunku zdrowia. Należy jednak pamiętać, że studia to jedno, a ewentualna praca w zawodzie – drugie. Jeśli zmagamy się z zaburzeniami odżywiania i zamierzamy podjąć pracę dietetyka, trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • Jak zareaguję na spotkania np. z osobami skrajnie wychudzonymi (niekoniecznie w wyniku zaburzeń odżywiania)? Czy będę się czuć komfortowo obcując i rozmawiając z nimi o ich chorobie? Czy mój stan jest na tyle stabilny, że nie będzie to dla mnie impuls prowadzący do wznowy zaburzeń?
  • Czy moje postrzeganie ciała oraz kwestii związanych z żywieniem wróciło do normy? Czy nie zaszkodzę nikomu, jeśli tak nie jest?
  • Czy wiem, jak pomóc innym zmagającym się z zaburzeniami odżywiania?
  • Czy będę w stanie bez wstydu podzielić się swoimi doświadczeniami, jeśli miałoby to pomóc pacjentowi?
  • Czy dam radę w sytuacjach trudnych: kiedy pacjent płacze, buntuje się, krzyczy, nie chce rozmawiać, kłóci z rodzicem (a zdarzają się takie przypadki)?

Oczywiście nie każdy dietetyk musi zajmować się osobami z zaburzeniami odżywiania, jednak chyba najczęściej zdarza się, że osoby, które przez to przeszły, chcą pomóc wyjść z tego innym. Jest to postawa szlachetna, jednak nie można zapominać o tym, że są to choroby podstępne i wykorzystujące każdy moment słabości, w którym mogą zaatakować ponownie. Dlatego jeśli odpowiecie „Tak” na chociaż jedno z wymienionych pytań, powinniście zastanowić się, czy to aby na pewno jest dobry moment na podjęcie pracy w tym zawodzie i ze zdwojoną siłą pędzić ku wolności i zdrowiu.