Czy to jeszcze body positive?

Ostatnio głośno było o poście znanego blogera popularnonaukowego, w którym to oburzał się, że zorganizowane w Warszawie wydarzenie The Real Catwalk było niczym innym, jak promocją nadwagi i otyłości. Dla niewtajemniczonych – celem tego eventu było pokazanie piękna tkwiącego w różnorodności. Po wybiegu przeszły się kobiety o różnych typach sylwetki i zmagające się z różnymi chorobami, które sprawiają, że nie wpisują się w narzucany nam kanon urody. W internecie zawrzało, pojawiło się wiele kompetentnych wypowiedzi z konstruktywną krytyką takiego podejścia i przede wszystkim zaczęła się dyskusja na temat różnic między ruchem body positive a promocją konkretnych typów wyglądu/sylwetki. A nie jest to temat prosty. Ja chciałabym ugryźć go od drugiej strony i spróbować nakreślić granicę między tym, co można uznać za promowanie akceptacji swojego ciała, a tym, co promuje raczej zaburzenia odżywiania.

„Niczego nie promuję tym zdjęciem”

Jedna z moich obserwujących podesłała mi kiedyś instagramowy profil dziewczyny chorującej na zaawansowaną anoreksję i zajmującej się modelingiem. Spytała, co sądzę o takich profilach i czy podpis umieszczany pod każdym zdjęciem („Niczego nie promuję tym zdjęciem, nie pro-ana”) ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście pokazywanych obrazów. Poczytałam komentarze, pogooglałam, pooglądałam podobne profile, których pełno jest w internetach. Przypomniałam sobie o sytuacji, kiedy napisałam do internetowego sklepu, że zamieszczanie zdjęć wychudzonych klientek pozujących tak, żeby wyglądać na jeszcze bardziej wychudzone jest bardzo nieodpowiedzialne i spotkałam się z klasyczną pasywno-agresywną odpowiedzią. Bo przecież każdy ma prawo być zadowolonym ze swojego ciała i je pokazywać. Pogadałam z różnymi osobami, tymi z historią zaburzeń odżywiania i tymi bez niej, bo w końcu doświadczenia związane z ED sprawiają, że w kwestii niektórych spraw już przez całe życie jesteśmy „nadwrażliwi”.

Przede wszystkim pierwsze co nasuwa mi się na myśl, to jedna z często powtarzanych przez psychologów i pedagogów fraz: „dzieci nas nie słuchają, tylko naśladują”. Jeśli paląca mama będzie powtarzać swojej latorośli, że palenie jest fu i be, ale jednocześnie robić to przez wiele lat – jaki przekaz dostaje dziecko? To w końcu jest fuj czy nie, skoro mama ciągle to robi? Postawmy siebie i wszystkie osoby mające styczność z internetowymi treściami w roli dzieci. Jeśli ktoś nam mówi, że nie promuje wychudzonej sylwetki, ale przez kilka lat przekazuje treści skupiające się tejże sylwetce i dające do zrozumienia „hej, na byciu wychudzonym można zrobić karierę!” – jaki końcowy przekaz otrzymujemy? O ile osoby takie jak ja, które koszmar anoreksji mają za sobą, mają pewne mechanizmy obronne, które pozwalają filtrować takie treści, o tyle taka 15-letnia, niezadowolona z siebie dziewczyna niekoniecznie. Wrzucając cokolwiek do internetu, zwłaszcza na publiczne profile, a już tym bardziej na komercyjne profile (jak np. wspomniany sklep internetowy) musimy mieć świadomość, że prezentujemy jakąś postawę i być może dokładamy swoją cegiełkę do czyjegoś światopoglądu. Badania naukowe sprawiają sprawę jasno – obrazy wychudzonych ciał są czynnikiem nasilającym niezadowolenie z własnego ciała i zwiększającymi nasilenie zaburzeń odżywiania. A jeśli są to obrazy pokazujące to wychudzenie jako coś sensualnego i erotycznego, to jeszcze gorzej. Badań na ten temat jest mnóstwo, w bibliografii znajdziecie kilka z nich, które analizowałam już przy okazji wpisu o fitspiracjach [1,2,3]. A jeśli ktoś potrzebuje bardziej życiowych dowodów, wystarczy zagłębić się w komentarze pod takimi zdjęciami. Pamiętam, że w czasach swojej choroby zawsze denerwowałam się, kiedy ktoś komplementował moje wychudzone ciało. „Jak ty to robisz? Też bym tak chciała!”. Nie, nie chciałabyś, gdybyś wiedziała, jaka jest cena. I nie powinnaś chcieć, bo to jest sytuacja patologiczna i zagrażająca życiu. I ja też nie chcę słyszeć, że niby to jest piękne, kiedy walczę o to, żeby zacząć myśleć inaczej. Nie chciałam być inspiracją, nie chciałam zachęcać nikogo do odchudzania. Chciałam przytulić każdą osobę, która choć przez moment pomyślała, że też chciałaby tak wyglądać i powiedzieć, że nie tędy droga. Między innymi dlatego od dawna angażuję się w pomoc osobom cierpiącym na zaburzenia odżywiania. Prawdą jest, że choroby takie jak anoreksja w znaczny sposób ograniczają logiczne i racjonalne myślenie, a na dodatek sprawiają, że ludzie ranią swoich bliskich, ale myślę, że nie odbierają poczucia sumienia i całkowitej zdolności oceny następstw swoich zachowań. Także jeśli osoba w widoczny sposób chorująca na zaburzenia odżywiania (przestańmy się oszukiwać, że ktoś „naturalnie” ma BMI w okolicach np. 15) promuje się poprzez zdjęcia swojego wychudzonego ciała (bo nie mówię tu o pojedynczym zdjęciu na typowo osobistym profilu) i widzi, jakiego rodzaju ma pod nimi odzew, to moje zdanie jest takie: nie pochwalam, zostawiam to jej sumieniu. I żadna ilość podpisów „ja niczego nie promuję” nie przekona mnie do zmiany zdania.

Choroba chorobie nierówna

Można oczywiście pomyśleć o analogicznych sytuacjach związanych z innymi chorobami, chociażby z łuszczycą lub AZS, które też bardzo utrudniało mi życie. Czy osoba mająca zmiany skórne powinna się ich wstydzić? Nie. Czy powinna mieć zakaz prezentowania ich w mediach społecznościowych? No pewnie, że nie. Tylko czy tego typu choroba może się rozwinąć w wyniku czynników socjo-psychologicznych? Nie. I to odróżnia ją od zaburzeń odżywiania. Trzeba też wziąć pod uwagę kontekst kulturowy i czasy, w jakich żyjemy. Podobno body positivity promuje otyłość. Czy jednak ktokolwiek widział pod jakimkolwiek zdjęciem osoby z otyłością komentarze „chciałabym mieć twoją figurę?”. Czy znasz kogokolwiek, kto od patrzenia na dziewczyny z nadwagą stwierdził, że w sumie to powinien przytyć tak ze 20 kg? Czy znasz jakąkolwiek celebrytkę uczącą ludzi, jak żyć, żeby mieć nadwagę? Czy w jakiejkolwiek gazecie rzucił ci się w oczy nagłówek „przytyj 10 kg do lata”? Nie? No właśnie. Dlatego nie można stawiać znaku równości między wszystkimi chorobami i rozpatrywać każdego przypadku na zasadzie analogii.

Ale przecież każde ciało jest piękne…

To prawda, choroby nie czynią ludzi brzydkimi i takie myślenie powinno być standardem. Ani patrząc na osobę z otyłością, ani ze skrajną niedowagą nie myślę sobie „fuj, okropność”. Tylko tutaj zbliżamy się do pewnej sprzeczności. Body positivity niesie przekaz zgodnie z którym powinniśmy akceptować swoje ciało takim, jakim jest niejako naturalnie, bez wkładania wysiłków (a wysiłkiem może być makijaż, depilacja, odchudzanie, dla każdego coś innego). Tymczasem anoreksja to zupełne przeciwieństwo akceptacji ciała w jego naturalnym stanie. To bezustanna walka z nim i balansowanie na granicy życia i śmierci. A jeśli kochasz i akceptujesz swoje ciało, to nie krzywdzisz go. Właśnie dlatego uważam, że żaden content pokazujący wygłodzone ciała nie jest bodyposi. Jego przekazem może być sprzeciw wobec stygmatyzacji osób dotkniętych zaburzeniami odżywiania, bo to też jest poważny problem i temat-rzeka.

We wpisie przedstawiłam, jakie jest moje zdanie i rozumiem, że ktoś może mieć odmienne. Co więcej, chętnie je poznam, bo dyskusja na delikatne temat, choć trudna i często pełna nerwów i emocji, jest bardzo potrzebna. Co pokazało chociażby właśnie ostatnie zamieszanie wokół The Real Catwalk.

Bibliografia:

1. Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195

2. Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017

3. Ghaznavi J., Taylor L. Bones, body parts, and sex appeal: An analysis of #thinspiration images on popular social media. Body Image, 2015, 14: 54-61


Na krawędzi widelca – spowiedź bulimiczki.

Kolejna już – po Zapleczu – książka o zaburzeniach odżywiania, o której chciałabym napisać kilka słów. Poleciła mi ją pacjentka z czego bardzo się cieszę, bo jej wydanie jakoś umknęło mojej uwadze w ostatnich latach. Do jej czytania podeszłam głównie z zamiarem lepszego zrozumienia osób, które zmagają się z problemem, przez który nie przeszłam osobiście, a więc z bulimią i pod tym względem się nie zawiodłam.

Na ponad 300 stronach Natalia Krzesłowska opisała dokładnie (w końcu spowiedź w tytule zobowiązuje) swoje życie z bulimią, depresją i samookaleczaniem. Każdemu z tych zjawisk jest poświęcony osobny rozdział, przez co konkretne wydarzenia i myśli powtarzają się kilkukrotnie w trakcie lektury i czasem wprowadzają mały chaos, ale z drugiej strony dzięki temu można łatwo wrócić do wybranego, konkretnego rozdziału poświęconemu interesującemu nad problemowi. Bardzo duża część tekstu nie to tyle co opis wydarzeń i postępującej choroby, co analiza własnych odczuć i próba odszukania przyczyny destrukcyjnych zachowań. Ogromnie doceniam szczerość i odwagę, których wymagało zwierzenie się z bardzo intymnych problemów i krytyczne spojrzenie na własne postępowanie, nie tylko związane stricte z jedzeniem, ale też m.in. z tworzeniem relacji międzyludzkich. Dodatkowo jest to dość ciekawy opis przypadku, w którym nie pojawia się jeden z najczęściej występujących czynników prowadzących do zaburzeń odżywiania. Sama przez pół książki zastanawiałam się, skąd nagle ta depresja, skąd epizod anoreksji?

Co najważniejsze dla wszystkich, którzy nadal zmagają się z zaburzeniami odżywiania, ta historia daje nadzieję i konkretne – mniej lub bardziej oczywiste – wskazówki, które mogą być pomocne w powrocie do zdrowia. Szczerze mówiąc, niektóre z nich sama próbuję wdrażać, żeby poprawiać najważniejszą relację w moim życiu, czyli relację z samą sobą. A bez tego ani rusz! Proces wychodzenia z ED – jeśli ma być trwały – powinien postępować równolegle z nauką akceptacji swojego ciała. Bardzo ważna kwestia, która również zostaje poruszona to przyjęcie swojego zdrowia za priorytet. W dalszym ciągu ciężko wielu Polakom zaakceptować, że praca, nauka i pieniądze NIE SĄ ważniejsze niż skupienie się na leczeniu. I choć wiadomo, że nie w każdej sytuacji można sobie pozwolić na kompletną i kosztowną terapię lub rezygnację z pracy, zawsze pozostaje nam możliwość dysponowania własnym czasem i tymi pieniędzmi, które możemy wykorzystać.

Jeśli zatem dotyczy Was którykolwiek z opisywanych w książce problemów, lub potrzebujecie pomocy w zrozumieniu, jak pomóc osobie bliskiej – warto poświęcić trochę czasu i przebrnąć przez całość.



Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


„Obsesja piękna” – krótka recenzja

Na książkę „Obsesja piękna” natykałam się co jakiś czas w mediach społecznościowych, ale jakoś tak wychodziło, że zawsze miałam akurat coś innego do kupienia i przeczytania. Na szczęście jedna z obserwatorek skutecznie przypomniała mi, że czas po nią sięgnąć, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że swoją krótką recenzją zachęcę do jej przeczytania również Was.

Podtytuł książki idealnie podsumowuje jej zawartość – „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”. Ponieważ autorką jest uznana profesor psychologii, nastawiałam się na treści, jakie lubię najbardziej – podparte dowodami naukowymi. W obecnych czasach umiejętność filtrowania informacji i oddzielania prawdy od mitów jest wyjątkowo przydatna. Studia wyrobiły we mnie pewien dobry nawyk – zanim wyrobisz sobie zdanie na jakiś temat, popatrz, co na ten temat mówi nauka i ludzie z większym doświadczeniem. Jeśli macie podejście podobne do mnie – nie będziecie zawiedzeni.

Książka składa się z 5 części, które poddają dokładnej analizie kwestie tego, czym w ogóle owa obsesja piękna jest, jak wpływa na kobiety, rolę mediów w jej kreowaniu, a także mniej i bardziej skuteczne sposoby walki z nią. W każdej z części pojawiają się sylwetki kobiet, z którymi autorka rozmawiała w trakcie pisania. Różnią się one wiekiem, pochodzeniem, podejściem do życia, ale łączy je jedno: miały bądź nadal mają problemy z akceptacją swojego ciała i – w większości przypadków – zaburzeniami odżywiania . Wokół ich wypowiedzi autorka snuje wykład tłumaczący ich zachowania i wyjaśniający ich przyczyny. Przytacza też różnorodne badania, zarówno cudze, jak i te prowadzone przez jej pracownię, pozwalające w nierzadko zaskakujący sposób potwierdzać lub obalać różne hipotezy (pojawiło się również kilka zdań poświęconych związkowi fitspiracji z kreowaniem nierealistycznych wzorców – czyli temu, o czym pisałam w niedawnym wpisie). Jednak bez obaw! Wszystko jest napisane w sposób prosty, przejrzysty i zrozumiały dla praktycznie wszystkich, niezależnie od wykształcenia.

Choć wiele informacji zawartych w książce było dla mnie dość oczywistych, pojawiały się też kwestie, na które jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi. Generalnie przez praktycznie cały czas czytania towarzyszyło mi poczucie, że czytam o czymś, co dotyczy bezpośrednio również mnie, co doskonale odczuwam codziennie na własnej skórze i widzę dookoła siebie, a zwłaszcza w pracy z pacjentami. Tyle tylko, że wiele z moich myśli i poglądów było luźnymi, porozrzucanymi puzzlami, a dr Engeln pozwoliła mojej głowie zebrać je w kompletną układankę. Dla lepszego zobrazowania tego fascynującego doświadczenia, pozwolę sobie posłużyć się memem:

Tak właśnie to wyglądało.

Dla mnie najważniejszą częścią była ta ostatnia, poświęcona sposobom radzenia sobie z obsesją piękna. Choć zaburzenia odżywiania już za mną, nie wstydzę się przyznać, że w dalszym ciągu mam spore problemy ze swoją samooceną i każda rada, pomagająca je wyciszyć jest dla mnie na wagę złota. Pojawiły się w tej części rzeczy, z którymi trudno było i jest mi się pogodzić (spoiler alert: w tej książce nie przeczytacie, że wszystkie jesteśmy piękne), ale z drugiej strony mam nadzieję, że ta wiedza będzie stanowić dla mnie pewien punkt zwrotny i jednocześnie wyjściowy dla całkowitej zmiany podejścia.

Powiem tak: gdybym była Ministrem Edukacji, migusiem dopisałabym „Obsesję piękna” do listy lektur obowiązkowych dla gimna…to znaczy, dla dzieci w wieku zwanym niegdyś gimnazjalnym. Pozostaje jednak mieć nadzieje, że po prostu sięgnie po nią jak najwięcej osób, niekoniecznie dziewcząt. Osób, które zasilą armię tych, którzy przeciwstawiają się narzucanej nam obsesji na punkcie wyglądu.

Podczas próby kupna książki okazało się, że nie ma jej już w praktycznie żadnym sklepie internetowym. Nie zrażajcie się i spróbujcie poszukać jej w lokalnych bibliotekach – w Gdańsku można ją wypożyczyć w kilku filiach.

Recovery – najczęściej popełniane błędy

Wychodzenie z zaburzeń odżywiania, popularnie zwane po prostu „recovery”, komuś kto sam nigdy nie cierpiał na żadne z nich może wydawać się banalne. Jak masz anoreksję, to zaczynasz jeść „normalnie”, a jak bulimię to przestajesz wymiotować i – oczywiście – zaczynasz jeść „normalnie”. Tak samo z całą resztą zaburzeń. Tymczasem droga do zdrowia rzadko kiedy jest prosta i bardziej przypomina pokonywanie toru przeszkód. Krok do przodu, dwa w tył, potem rozbieg i skok, upadek, czołganie i tak w kółko.

Na podstawie doświadczeń własnych jak i swoich pacjentek stworzyłam listę kilku najczęściej powielanych schematów, które utrudniają porzucenie zaburzeń odżywiania na dobre.

1. Skupianie się tylko i wyłącznie na problemach z jedzeniem

Zaburzenia odżywiania mogą mieć różnorakie podłoże, tak samo jest też wiele czynników podtrzymujących, które utrudniają nam pozostawienie ich za sobą i sprawiających, że kurczowo się ich trzymamy. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe ich rozpoznanie i praca nad ograniczeniem ich wpływu. W moim przypadku pierwotną przyczyną była dysmorfofobia. Niestety przez wiele lat terapii żaden z psychoterapeutów nie zagłębiał się w ten temat, szukając lub też wymyślając na siłę inne problemy. Nic więc dziwnego, że przez wiele lat żadna próba wyjścia z choroby nie powiodła się. Dopiero kiedy już jako dorosła osoba połączyłam ze sobą wszystkie kropki, wiedziałam, nad czym muszę pracować, jeśli chcę wyzdrowieć. I żeby nigdy nie dopuścić do powrotu anoreksji, nad kwestiami związanymi z postrzeganiem siebie i samooceną pracuję do dziś.

Jeśli Twoje zaburzenia odżywiania są wynikiem potrzeby stałej kontroli i perfekcjonizmu – pracuj też nad tym. Jeśli Twoj stan pogarsza przebywanie z toksycznymi ludźmi – postaraj się odseparować od nich (bywa niestety i tak, że tymi toksycznymi osobami są członkowie rodziny, co znacznie komplikuje sprawę). Jeśli dominuje u Ciebie lęk przed kobiecością i dorosłością – trzeba go oswoić. Można by wymieniać dalej, ale myślę, że przekaz jest zrozumiały. Z problemami będącymi u podłoża ED czasem ciężko poradzić sobie samemu, dlatego zachęcam do szukania skutecznego terapeuty.

2. Sugerowanie się innymi

Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu na powrót do zdrowia, który sprawdzi się u wszystkich. Wiele osób dzieli się w sieci na swoimi schematami i poradami, równie wiele osób o nie prosi. Nie zliczę ile razy zadano mi pytania „Jak wyjść z anoreksji?”. Chciałabym udzielić prostej, konkretnej odpowiedzi, ale jest to niemożliwe. Każdy przypadek jest indywidualny i to, co pomogło jednemu, niekoniecznie musi pomóc Tobie. Warto o tym pamiętać, żeby nie rozczarować się i nie rzucić tego wszystkiego, kiedy coś pójdzie nie po naszej myśli. Jeśli komuś w wyjściu z bulimii pomogło po prostu jedzenie 2000 kcal dziennie, wcale nie jest pewne, że pomoże i Tobie. Niejednokrotnie ślepe kopiowanie schematów kończy się nagłym skokiem masy ciała, a co za tym idzie pogorszeniem samooceny i nastroju, a w konsekwencji nawrotem zaburzeń. Zawsze będę powtarzać, że zamiast przekopywać internet i zadawać pytania na forach, lepiej jest udać się do specjalistów (lekarza psychiatry, dietetyka, psychoterapeuty), którzy doradzą nam w naszym konkretnym przypadku.

3. Przechodzenie ze skrajności w skrajność

Czyli z deszczu pod rynnę. Bardzo często osoby, które przez wiele lat odzwyczaiły się od tego, co nazywamy „normalnym jedzeniem” próbują wskoczyć od razu na „idealną” dietę. Same modne superfoods, najmodniejsze trendy z fit instagramów, wszystko wyliczone co do grama, zero odstępstw. Tym samym dalej ich świat kręci się wokół jedzenia, a restrykcje wcale nie pomagają chociażby w ograniczeniu napadów na „zakazane” produkty. U niektórych może rozwinąć się ortoreksja, która wcale nie musi być mniej niebezpiecznym zaburzeniem. A przecież w zdrowieniu chodzi nie tylko o prawidłowe odżywienie ciała, ale też o wolność umysłu i przewartościowanie priorytetów.

4. Kurczowe trzymanie się swojej „bezpiecznej” masy ciała

Chciałabym być zdrowa, ale nie chcę tyć. Ten punkt najbardziej tyczy się osób cierpiących na anoreksję. Bardzo często mają one ustalone konkretną masę ciała (najcześciej na granicy niedowagi i prawidłowej masy ciała), której absolutnie nie chcą przekraczać. Ot, przybiorę trochę, żeby mieć te 18.5 BMI i żeby wszyscy dali mi spokój, a i ja sama na pewno będę się wtedy fantastycznie czuć. Nic bardziej mylnego. Zrozumiałe jest to, że wraz z decyzją o recovery pojawia się paraliżujący lęk przed tym, że będzie się „tyć w nieskończoność”. Za wszelką cenę chce się mieć ciasto i zjeść ciastko, czyli odzyskać zdrowie, a jednocześnie być przy tym najchudszym, jak się da. To wypacza cały zamysł, bo w końcu kurczowe trzymanie się swojej bezpiecznej masy ciała to nic innego, jak dalsze siedzenie w strefie komfortu swojego zaburzenia. W pewnym momencie trzeba zadecydować – czy na siłę chcę utrzymywać masę o np. 5 kg mniejszą i dalej obwarowywać się restrykcjami, czy pozwolę sobie na dotarcie do optymalnej masy ciała (tej, którą utrzymujemy jedząc intuicyjnie, zgodnie z zapotrzebowaniem). Też kiedyś zrobiłam rachunek zysków i strat i doszłam do wniosku, że ważenie X kg mniej absolutnie nie jest warte moich wysiłków.

5. Odmawianie sobie pomocy

To akurat poważny problem, który swoje podłoże ma w społeczeństwie i jego wciąż małej wiedzy na temat zaburzeń odżywiania. Utarło się przekonanie, że anorektyk to koniecznie osoba z ogromną niedowagą. No a jeśli tak nie jest, to nie ma problemu. Pomijam już sam fakt, że wielu zaburzeń odżywiania po prostu nie sposób dostrzec na pierwszy rzut oka. Niestety w wielu ośrodkach służby zdrowia faktycznie jest problem z otrzymaniem pomocy, jeśli nie jest się w stanie zagrożenia życia i raczej wątpliwe, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Jednak nie można myśleć w kategoriach zero-jedynkowych. To, że nie kwalifikujesz się do leczenia szpitalnego wcale nie oznacza, że nie jesteś „wystarczająco chora/chory” i musisz sobie radzić na własną rękę. Żaden lekarz, psycholog lub dietetyk z wiedzą na temat zaburzeń odżywiania nie zlekceważy Twojego problemu tylko dlatego, że nie wyrządził on jeszcze w Twoim ciele wystarczających zniszczeń. Jeśli nie stać się na prywatne wizyty u specjalistów, nie bój się prosić o pomoc rodzinę. Nikt nie wie, co dzieje się w Twojej głowie i nie ma prawa mówić, że sobie wymyślasz. Strach pomyśleć, ile osób, które popełniły samobójstwo słyszało wcześniej coś podobnego – „przesadzasz”, „wymyślasz sobie problemy” albo „inni mają gorzej, nie wygłupiaj się”. Jeśli zastanawiasz się, czy jesteś w wystarczająco złym stanie żeby zasługiwać na leczenie i pomoc – odpowiedź brzmi: tak, jesteś. Bo samo takie myślenie na to wskazuje.

Fitspiracje a zaburzenia odżywiania

Chyba każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z zaburzeniami odżywiania słyszał o tzw. thinspiracjach (lub krócej thinspo), czyli zdjęciach wychudzonych ciał, mających zmotywować do chudnięcia lub tkwienia w chorobie. Przed epoką Instagrama i Tumblra można było je znaleźć głównie na blogach typu pro-ana lub pro-mia, a obecnie – mniej lub bardziej zawoalowane – niestety panoszą się praktycznie wszędzie. O ich szkodliwości i wpływie na rozwój i podtrzymanie zaburzeń odżywiania pisano i mówiono już setki razy. Dlatego też, kiedy kilka lat temu globalnym trendem zaczęło się stawać szczupłe, wyćwiczone ciało, wydawało się, że w końcu problem się zmniejszy. Czy tak rzeczywiście się stało?

Obecnie bada się i opisuje naukowo praktycznie każde zjawisko – użycie konkretnych hashtagów, memy, a nawet związek między Snapchatowymi filtrami a operacjami plastycznymi. Nic więc dziwnego, że znaleźli się również badacze, którzy zajęli się zjawiskiem fitspiracji.

Żeby coś zbadać, trzeba to najpierw opisać. Fitspiracje zostały scharakteryzowane jako wyidealizowane obrazy szczupłych sylwetek z widocznym zarysem mięśni. Tak jak i thinspiracje, są treścią skupiającą uwagę na wyglądzie zewnętrznym. Szacuje się, że przyciągają one ok. 6 razy więcej odbiorców niż thinspiracje. Pomimo tego, że zdjęcia i posty tego typu teoretycznie powinny zachęcać do dbania o swoje zdrowie, w kilku badaniach stwierdzono, że ekspozycja na nie zwiększa niezadowolenie z własnego ciała, które jest jedną z największych sił napędowych zaburzeń odżywiania i tzw. negatywny afekt (niestety nie wiem, czy jest dobry polski odpowiednik tego terminu, więc po jego wyjaśnienie odsyłam np. tutaj). Co więcej, osoby zamieszczające takie treści bardzo często wykazują symptomy charakterystyczne dla zaburzeń odżywiania. Autorzy badań, na których skupiam się w tym wpisie, zasugerowali pewien model w prostu sposób opisujący te zależności.

Na podstawie: Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195

Social media oparte na treściach wizualnych to m.in. Instagram, Facebook, Tumblr, Pinterest. Korzystanie z nich daje duże prawdopodobieństwa natknięcia się zarówno na thinspiracje jak i fitspiracje. To z kolei prowadzi do porównywanie swojego własnego wyglądu z tym przedstawionym na zdjęciach. W wyniku porównań pojawia się niezadowolenie z własnego ciała i chęć jego zmiany w kierunku zobaczonego „ideału”, a to z kolei daje rezultat w postaci symptomów zaburzeń odżywiania, np. głodówek, przeczyszczania lub wymiotów. Są też strzałki wiodące bezpośrednio od ekspozycji na treści do symptomów. Autorzy badania podają taki przykład: zdjęcie wychudzonej sylwetki z podpisem „Czy liczyłaś dziś kalorie?” może spowodować, że odbiorca automatycznie, bez porównywania swojego wyglądu z tym przedstawionym na zdjęciu, wprowadzi restrykcje w podaży energii. Z kolei zakrzywiona strzałka pomiędzy dwoma typami treści obrazuje współistnienie zarówno thinspiracji jak i fitspiracji w tych samych miejscach.

W badaniu wzięło udział 228 pełnoletnich osób, w zdecydowanej większości kobiet, ze zdiagnozowanymi zaburzeniami odżywiania. Za pomocą odpowiednich kwestionariuszy sprawdzano m.in. jak często spotykają się z fit i thinspiracjami, jaki ma to wpływ na tendencje do porównywania się z innymi oraz na intensywność występowania objawów zaburzeń odżywiania. Wyniki potwierdziły, większość przewidywań badaczy, w tym wyraźną ścieżkę od fitspiracji, poprzez porównywanie wyglądu, do symptomów zaburzeń odżywiania. Nie potwierdziło się za to istnienie wyraźnej ścieżki prowadzącej bezpośrednio od fitspiracji do zaburzeń odżywiania, co zapewne ma związek z tym, że treści te same w sobie, w przeciwieństwie do thinspiracji, zazwyczaj nie zachęcają do szkodliwych zachowań. Badania te, jak każde, miały swoje ograniczenia i ich wyniki prawdopodobnie wyglądałyby inaczej wśród różnych populacji. Niemniej jednak, tak jak kilka innych publikacji wymienionych w bibliografii, potwierdzają istnienie negatywnego wpływu fit-obsesji na występowanie i rozwój zaburzeń odżywiania. Bardzo możliwe, że jest to związane z tym, że fitspiracje często pokazują równie nienaturalne sylwetki, mające sporo wspólnego z thinspiracjami. Inni badacze pofatygowali się o analizę treści zamieszczanych pod hashtagami thinspiration, fitspiration i bonespiration (czyli skupiających się na ekspozycji wystających kości, najprościej mówiąc). Nie będę włączać do porównania bonespiracji, jako formy zupełnie skrajnej. Tabela pokazuje, jaki procent zdjęć znalezionych pod danym hashtagiem ukazywał konkretne cechy.

Na podstawie: Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017

Nawet bez szczegółowych statystyk nietrudno zauważyć, że niestety często jednym, co odróżnia fitspirację od thinspiracji jest strój do ćwiczeń. Ostatnio burzę wywołała chociażby Ewa Chodakowska, wstawiając zdjęcie swojego umięśnionego brzucha z podpisem oznajmiającym, że „się roztyła”. Nie śledzę na bieżąco działalności Ewy plus z tego co wiem jest to osoba z dość dużym dystansem do siebie, jednak jak można się domyśleć, wiele osób zmagających się z niską samooceną odebrało ten post bardzo źle. Niejednokrotnie spotykałam się też z opinią, że kreowanie się na „fitstagramerkę” (jak zwał, tak zwał) daje przyzwolenie na epatowanie golizną w social mediach (a to, jak wiemy, w obecnych czasach prosty sposób na zwiększanie zasięgów i popularności). Ja osobiście nigdy nie byłam zwolenniczką fit-obsesji i od początku twierdziłam, że może być ona równie szkodliwa, jak moda na wystające kości. Nie śledzę też na bieżąco kont, które prezentują szkodliwą moim zdaniem zawartość, gdyż jest wystarczająco dużo osób, które pokazują sylwetki możliwe do osiągnięcia przez przeciętną osobę, nie spamują zdjęciami wypiętych pup i wciągniętych brzuchów, a jednocześnie pokazują, że najważniejsze jest zachowanie rozsądku i nie popadanie w skrajności. Swoją drogą, jeśli znacie osoby prowadzące takie konta, możecie podesłać w komentarzu. J Was również zachęcam nie do piętnowania, ale raczej do zastanowienia się nad tym, jaki wpływ mają fitspiracje na Was, a także jak prezentowane przez Was tego typu treści mogą wpływać na innych.

  1. Griffiths S., Castle D., Cunningham M., Murray S., Bastian B., Barlow F. How does exposure to thinspiration and fitspiration relate to symptom severity among individuals with eating disorders? Evaluation of a proposed model. Body Image, 2018, 27: 187-195
  2. Talbot C., Gavin J., van Steen T., Morey Y. A content analysis of thinspiration, fitspiration and bonespiration imagery on social media. Journal of Eating Disorders, 2017
  3. Tiggemann  M., Zaccardo M. “Exercise  to  be fit, not skinny: The effect of thinspiration imagery on women’s body image. Body Image, 2015, 15: 61-67
  4. Robinson L., Prichard I., Nikolaidis A., Drummond C., Drummond M.,  Tiggemann M. Idealised media images: The effect of fitspiration imagery on body satisfaction and exercise behaviour. Body Image, 2017, 22: 65–71

Zaburzenia odżywiania a studia

Często słyszy się, że na psychologię idą ci, którzy sami mają problemy i liczą na pomoc samemu sobie.  O to ile jest w tym prawdy, trzeba by spytać samych psychologów lub osoby wykładające na tym kierunku, jednak coraz częściej słyszę i czytam, że podobnie dzieje się też na kierunku dietetycznym. Jak to zatem jest? Czy wybór dietetyki w przypadku osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania jest rozsądny? Czy decyzja taka może pogłębić chorobę czy wręcz przeciwnie – pomóc z niej wyjść? Postaram się pokrótce przekazać moje przemyślenia związane z tym tematem.

Obawy, które często towarzyszą osobom z ED chcącym podjąć studia na tym kierunku to zazwyczaj:

  • Konieczność poświęcania dużej uwagi zagadnieniom związanym z jedzeniem
  • Możliwa styczność z osobami przykładającymi nadmierną wagę do swojej figury i masy ciała
  • Praca z jadłospisami, studiowanie tabel wartości odżywczej
  • Presja społeczna – „dietetyk powinien jeść zdrowo i tak też wyglądać”
  • Perspektywa pracy z osobami chorymi na ten sam typ zaburzeń

Idąc na dietetykę na Uniwersytecie Medycznym również miałam podobne wątpliwości, zwłaszcza że okolice matury zbiegły się u mnie z najcięższym okresem anoreksji. Co się okazało?

Wbrew pozorom na dietetyce wcale nie rozmawia się tyle o samym jedzeniu, ile mogłoby się wydawać. Zwłaszcza pierwszy rok to intensywna nauka anatomii, biochemii, fizjologii i różnych przedmiotów raczej mało związanych z żywieniem. Nikt nie wymaga też od studentów wkuwania tabel z wartością energetyczną produktów. O samych zaburzeniach odżywiania mowa była tylko na kilku wykładach. Właściwie jedynym przedmiotem, który okazał się być dla mnie wyzwaniem była antropometria, podczas której trzeba było wykonywać mnóstwo pomiarów ciała, a ja – po okresie nie ważenia się przez prawie 2 lata – byłam na to jeszcze nieprzygotowana.

 W mojej grupie (zaczynało nas ok. 30 osób) nie było też osób obsesyjnie podchodzących do tematu żywienia. Było kilka dziewczyn zajmujących się sportem, kilka dziewczyn z lekką nadwagą, a jeśli chodzi o osoby mające ewidentny problem z zaburzeniami odżywiania to była nas dwójka. Część osób faktycznie każdego dnia przynosiła pudełka z sałatkami lub innymi „fit” daniami, ale były i takie, które podjadały sobie słodycze. Generalnie atmosfera bez presji jeśli chodzi o temat odżywiania. Początkowo trudność sprawiało obserwowanie pogarszającego się stanu zdrowia koleżanki z roku, ale wraz z poprawą mojego własnego stanu była to coraz mniejsza pożywka dla mojej anoreksji.

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że same studiowanie dietetyki nie powinno mieć znaczącego wpływu jeśli chodzi o dalszy rozwój zaburzeń odżywiania. No chyba, że ktoś wybiera ten kierunek z celowym zamiarem utrzymania swoich myśli wokół tematyki kalorii i jedzenia. Nauka o funkcjonowaniu człowieka i racjonalnym żywieniu czy też dietoterapii różych jednostek chorobowych w żaden sposób nie była dla mnie przeszkodą jeśli chodzi o podjęcie pierwszych poważnych kroków w kierunku zdrowia. Należy jednak pamiętać, że studia to jedno, a ewentualna praca w zawodzie – drugie. Jeśli zmagamy się z zaburzeniami odżywiania i zamierzamy podjąć pracę dietetyka, trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • Jak zareaguję na spotkania np. z osobami skrajnie wychudzonymi (niekoniecznie w wyniku zaburzeń odżywiania)? Czy będę się czuć komfortowo obcując i rozmawiając z nimi o ich chorobie? Czy mój stan jest na tyle stabilny, że nie będzie to dla mnie impuls prowadzący do wznowy zaburzeń?
  • Czy moje postrzeganie ciała oraz kwestii związanych z żywieniem wróciło do normy? Czy nie zaszkodzę nikomu, jeśli tak nie jest?
  • Czy wiem, jak pomóc innym zmagającym się z zaburzeniami odżywiania?
  • Czy będę w stanie bez wstydu podzielić się swoimi doświadczeniami, jeśli miałoby to pomóc pacjentowi?
  • Czy dam radę w sytuacjach trudnych: kiedy pacjent płacze, buntuje się, krzyczy, nie chce rozmawiać, kłóci z rodzicem (a zdarzają się takie przypadki)?

Oczywiście nie każdy dietetyk musi zajmować się osobami z zaburzeniami odżywiania, jednak chyba najczęściej zdarza się, że osoby, które przez to przeszły, chcą pomóc wyjść z tego innym. Jest to postawa szlachetna, jednak nie można zapominać o tym, że są to choroby podstępne i wykorzystujące każdy moment słabości, w którym mogą zaatakować ponownie. Dlatego jeśli odpowiecie „Tak” na chociaż jedno z wymienionych pytań, powinniście zastanowić się, czy to aby na pewno jest dobry moment na podjęcie pracy w tym zawodzie i ze zdwojoną siłą pędzić ku wolności i zdrowiu.

Pacjent z zaburzeniami odżywiania w gabinecie dietetyka

Choć kluczową rolę w leczeniu zaburzeń odżywiania odgrywa psycholog bądź psychoterapeuta, współpraca z dietetykiem może znacząco ułatwić powrót do zdrowia i zapobiec problemom związanym np. z przemianą materii. Jednak wiele chorych wciąż boi się wizyty u specjalisty od żywienia, tym bardziej, jeśli wcześniej trafili na nieodpowiedniego dla siebie dietetyka.
Jako osoba, która sama przeszła przez anoreksję wiem, że praca z osobą z ED znacząco różni się od pracy z pacjentem, który chce schudnąć, zmaga się z nietolerancjami pokarmowymi lub problemami z tarczycą. Jak wygląda taka współpraca ze mną i dlaczego nie trzeba się bać?

• Pierwsza konsultacja to przede wszystkim czas na wysłuchanie Twojej historii i rozmowę o Twoich obawach, celach i potrzebach. Nie musisz się krępować – jeśli uważasz, że jakieś zachowanie jest głupie lub wstydliwe, pomyśl, że prawdopodobnie przeszłam przez to samo. Wizyta u dietetyka to nie tylko pytania typu „co jesz na śniadanie?” – to wskazanie, jak zachowania żywieniowe wpływają na nasz organizm i psychikę, a także co można zrobić, żeby sobie pomóc i uniknąć błędów, które popełniłam np. ja.

• Kontrola masy ciała – to Ty podejmujesz decyzję, czy chcesz się poddać analizie składu ciała. Możesz też wchodzić na wagę z zamkniętymi oczami i poprosić o nieujawnianie wyników.

• Konsultacja nie oznacza, że musisz decydować się na rozpisanie jadłospisu. Jeśli jednak zdecydujesz się na to, będzie on dobrany do etapu leczenia i stanu psychicznego, na jakim się znajdujesz. Nie widzę sensu w układaniu diety na 3000 kcal lub pozbawionej całkowicie Twoich ulubionych produktów, jeśli wiesz, że nie będziesz w stanie jej trzymać. Jadłospis to kompromis między tym, co dla Ciebie bezpieczne, a tym, co dla Ciebie i Twojego zdrowia dobre. Moim celem nie jest „tuczenie” na siłę. Jest jedno zastrzeżenie – nie podejmę się ułożenia jadłospisu, który mógłby pogorszyć Twój stan zdrowia.

• Moim zadaniem jest motywować i wspierać w zmianie, a nie oceniać i krytykować. Możesz śmiało mówić o swoich potknięciach i trudnościach, które pojawiły się w trakcie diety.

• Każda konsultacja to okazja do zadawania pytań na różne tematy, konfrontacji poglądów i poszerzania swojej wiedzy o żywieniu i kuchni.

Jeśli Ty lub ktoś Ci bliski zmaga się z zaburzeniami odżywiania, nie bój się zasięgnąć pomocy dietetyka. Z wielką chęcią pomogę Ci wyjść z tego!

Ortoreksja – nie tylko obsesja na punkcie zdrowego odżywiania

O ortoreksji mówi się coraz częściej. Zwiększa się zarówno świadomość specjalistów, jak i całego społeczeństwa. Jednak zazwyczaj postrzega się ją jedynie jako obsesję na punkcie zdrowego odżywiania, która – w przeciwieństwie do zaburzeń takich jak anoreksja lub bulimia – nie wiąże się z koncentracją na sylwetce. Tymczasem podłoża ortoreksji mogą być bardziej złożone i bardziej powiązane z postrzeganiem własnego ciała, niż mogłoby się wydawać.

Większość badań prowadzonych wśród sportowców koncentruje się na sklasyfikowanych zaburzeniach odżywiania, takich jak bulimia i anoreksja. Ilość publikacji poruszających problem ortoreksji wśród sportowców wciąż jest bardzo niewielka. Badania z roku 2009 przeprowadzone we Włoszech na grupie 600 sportowców w wieku od 16 do 45 lat miały określić m.in. częstotliwość występowania ortoreksji w tej grupie. Stwierdzono ją aż u 28% kobiet i 30% mężczyzn z tej grupy.  Jeszcze większy odsetek – 32% –  odnotowano w badaniach z 2014 roku u tureckich tancerzy baletowych[1]. Z kolei badania przeprowadzone wśród klientów szwedzkich fitness klubów wykazały również zależność między występowaniem ortoreksji, a towarzyszącą jej większą intensywnością ćwiczeń oraz bardziej negatywnym stosunkiem do własnego wyglądu[2]. Mogło by to wskazywać na traktowanie przesadnej dbałości o dietę nie tylko jako środka służącego poprawie zdrowia, ale również sylwetki. Potwierdzają to również badania z 2015. Wykazały one, że kobiety bardziej skupiające się na kwestii swojej sylwetki i interesujące się fitnessem, miały większą tendencję do obsesyjnej dbałości o jakość swojego odżywiania.[3]

Bratman pisze o tym jako o jednej z ukrytych przyczyn leżących często u podłoża ortoreksji, zwłaszcza w przypadku kobiet. Terminem convert conformity (ang. przekształcony konformizm) określa sytuację, w której wybrany reżim dietetyczny pozwala osiągnąć powszechnie przyjęte w społeczeństwie standardy piękna bez przyznawania się do tego zarówno przed sobą, jak i przed innymi, aby uniknąć posądzenia np. o egoizm bądź próżność. Utratę masy ciała po przejściu na mającą służyć zdrowiu dietę – np. wegetariańską lub bardziej restrykcyjną – traktuje się wówczas niejako jako oczekiwany, pozytywny skutek uboczny. Może dochodzić do sytuacji, w której każdej podjętej decyzji, mającej służyć poprawie zdrowia, towarzyszy jednocześnie nie do końca uświadamiana chęć schudnięcia. Dobrym przykładem mogą być np. głodówki. Podczas gdy osoba je stosująca tłumaczy je chęcią oczyszczenia organizmu, w rzeczywistości jako równie ważny ich efekt uważa szybką utratę masy ciała. Takie zachowania pozwala osobom je przejawiającym uniknąć wyrzutów sumienia i czyni jeszcze trudniejszym uświadomienie sobie istniejącego problemu. Również badania z roku 2016 sugerują tendencję do dążenia do perfekcjonizmu jako ukrytą przyczyną ortoreksji, co potwierdzałoby teorię Bratmana.[4]

Obawy takie mogą być uzasadnienie w sposobie postrzeganie zaburzeń odżywiania i towarzyszącym im zachowań przez ogół społeczeństwa. Jedzenie bardzo często uznawane jest za świętość, a zdrowie za jedną z najważniejszych życiowych wartości. Dlatego postawy takie jak głodzenie się są uznawane za przejaw nieposzanowania tych sfer życia i braku odpowiedzialności. Brak wiedzy na temat psychologicznych aspektów odżywiania, zwłaszcza w przypadku zaburzeń, sprzyja powielaniu stereotypów i osądzaniu. Rezultatem jest generalnie negatywne postrzeganie osób z problemami związanymi z jedzeniem. O osobach chorych na zaburzenia odżywiania twierdzi się m.in., że same są sobie winne, nie starają się wyjść z choroby, a nawet, że są niebezpieczne. Wciąż pokutuje mit, że kobiety cierpiące np. na anoreksję i stosujące restrykcyjne diety, są zaślepione obrazami pokazywanymi w mediach i poświęcają swoje zdrowie dla uzyskania wychudzonej sylwetki. Przecenia się społeczne przyczyny występowania zaburzeń, zapominając o innych czynnikach, takich jak np. sytuacja w rodzinie czy cechy charakteru determinujące podatność do wystąpienia choroby.[5] Obserwacja poczyniona przez Steve’a Bratmana, lekarza, który jako pierwszy zdefiniował i opisał ortoreksję, może wskazywać na większe, niż zazwyczaj jest to uznawane, podobieństwo ortoreksji do anoreksji i bulimii, w których jednym z najważniejszych symptomów jest koncentracja na swojej sylwetce.[6]

Innym ukrytym motywem wpływającym na rozwój ortoreksji, opisanym w „Health Food Junkies”, jest chęć wykreowania swojej tożsamości. Jednym ze sposobów może być właśnie oparcie jej na swoim sposobie odżywiania. Podążanie za konkretną dietą daje w takim przypadku możliwość określenia się jako osoby przynależnej do konkretnej grupy. Przynosi poczucie dumy i staje się jedną z najważniejszych informacji, którymi człowiek opisuje sam siebie. Chętnie lub wręcz natarczywie dzieli się nią z innymi, wspominając i podkreślając przy każdej okazji, że jest np. wegetarianinem. Widać w takim zachowaniu pewną analogię do systemów religijnych, w których konkretne zasady dotyczące diety są jednym z elementów więzi spajających członków wspólnot, np. judaizmu lub islamu.

Przeciwstawnym motywem jest z kolei strach przed ludźmi. Specyficzne nawyki żywieniowe mogą pełnić rolę wymówki usprawiedliwiającej ograniczenie swoich kontaktów z innymi ludźmi. Chory może tłumaczyć swoją chęć izolacji np. obawą przed wyśmianiem bądź niemożnością jadania w miejscach publicznych, nieprzystosowanych do jego wymagań.

Na rozwój ortoreksji mogą być też szczególnie narażone osoby, które wcześniej zmagały się z anoreksją, bulimią lub niespecyficznymi zaburzeniami odżywiania. W przypadku tej grupy schorzeń bardzo częstym zjawiskiem jest płynne przechodzenie jednego zaburzenia w drugie. Na przestrzeni lat osoba chora może np. naprzemiennie spełniać kryteria diagnostyczne dla anoreksji lub bulimii. Potwierdziły to wyniki badań prowadzonych przez 7 lat na grupie młodych kobiet chorujących na zaburzenia odżywiania: anoreksję trybu restrykcyjnego, anoreksję trybu przeczyszczającego i bulimię. U ponad 72% pacjentek zdiagnozowanych początkową z anoreksją, zaobserwowano zmianę symptomów świadczącą o przejściu choroby w drugi podtyp lub w bulimię. W przypadku pacjentek z pierwotnie postawioną diagnozę bulimii, u 14% zaszła zmiana do anoreksji, w zdecydowanej większości trybu przeczyszczającego. U badanych występowały też okresy częściowego i całkowitego wyleczenia. Daje to pogląd na złożoność problemu i trudność w opanowaniu schorzenia w taki sposób, aby doprowadzić do jego całkowitego wyleczenia bez przechodzenia w inną jego formę.[7]

Badania z 2014, mające na celu określenie zależności między występowaniem zaburzeń odżywiania i ortoreksji, porównały wyniki uzyskane za pomocą testu ORTO-15 w przypadku grupy osób z postawioną diagnozą anoreksji lub bulimii oraz grupy kontrolnej. Grupa ze stwierdzonymi zaburzeniami odżywiania była zbadana zarówno podczas pierwszej wizyty rozpoczynającej proces leczenia w klinice, jak i po minimum 36 miesiącach od czasu zakończenia leczenia. W grupie osób ze stwierdzonymi zaburzeniami odżywiania, podczas pierwszej wizyty ortoreksję zdiagnozowano u 28% osób. Po 3 latach od zakończenia leczenia, w tej samej grupie odsetek ten zwiększył się do 53% przy jednoczesnym zmniejszeniu nasilenia symptomów pierwotnie rozpoznanych zaburzeń.  Grupa kontrolna została przebadana raz i ortoreksję stwierdzono w niej u 2% osób uczestniczących. Autorzy badań sugerują, że przejście z zachowań anorektycznych bądź bulimicznych na zachowania ortorektyczne, oprócz konotacji związanych z zachowaniem kontroli nad swoim odżywianiem, może być wynikiem terapii poznawczo-behawioralnej, która jest najczęściej stosowaną w przypadku leczenia zaburzeń odżywiania. Zgodnie z jej założeniami, pacjenci uczą się traktować pożywienie jako lekarstwo, co pomaga im pozbyć się lęku przed jedzeniem i powrotem do prawidłowej masy ciała. Rezultatem jest przesadne skupienie pacjentów już nie na destrukcji swojego ciała, lecz przeciwnie – na trosce o nie[8]. Inne badania również wykazały większą tendencję do zachowań ortorektycznych u osób z mniej nasilonymi objawami patologicznych zachowań charakterystycznych dla sklasyfikowanych zaburzeń odżywiania.[9]

Podsumowując, na ortoreksję może mieć wpływ więcej czynników, niż tylko moda na „zdrowe odżywianie”, a zaburzenia tego – mimo braku oficjalnego sklasyfikowania – nie powinno się lekceważyć.

Przypisy

[1] Aksoydan E., Camci N. Prevalence of Orthorexia nervosa among Turkish performance artists. Eat Weight Disord., 2009, 14 : 33-37

[2] Eriksson, L., Baigi, A., Marklund, B., & Lindgren, E.-C. Social physique anxiety and sociocultural attitudes toward appearance impact on orthorexia test in fitness participants. Scandinavian Journal of Medicine & Science in Sports., 2008, 18(3): 389–394

[3] Brytek-Matera A., Donini L., Krupa M., Poggiogalle E., Hay Phillipa. Orthorexia nervosa and self attiitudinal aspects of body image in female and male university students. Journal of Eating Disorders., 2015,  3:2.

[4] Barnes M., Caltabiano M. The interrelationship between orthorexia nervosa, perfectionism, body image and attachment style. Eat Weight Disord. 2016. Dostępne on-line: http://link.springer.com/article/10.1007%2Fs40519-016-0280-x dostęp: 16.02.2017.

[5] Mroczkowska D. Postrzeganie i rozumienie zaburzeń jedzenia – fakty i mity. Forum Medycyny Rodzinnej., 2012,  6: 82-91

[6] Bratman S, Knight D. Health food junkies. Orthorexia nervosa: Overcoming the obsession with
healthful eating. New York: Broadway Books 2000.

[7] Eddy K., Dorrer D., Franko L., Tahilani K., Thompson-Brenner H., Herzog D. Diagnostic Crossover in Anorexia Nervosa and Bulimia Nervosa: Implications for DSM-V. Am J Psychiatry., 2008, 165: 245-250

[8] Segura-Garcia C, Ramacciotti C, Rania M, Aloi M, Caroleo M, Bruni A. The prevalence of orthorexia nervosa among eating disorder patients after treatment. Eat Weight Disord., 2015, 20: 161–166

[9] Brytek-Matera A., Rogoza R., Gramaglia C., Zeppegno P. Predictors of orthorexic behaviours in patients with eating disorders: A preliminary study. BMC Psychiatry., 2015, 15: 252.