Specjalista po przejściach

Wybór specjalistów mających pomóc w wyjściu z zaburzeń odżywiania jest kluczową sprawą, od której często zależy powodzenie misji. Często znalezienie osoby, z którą nawiążemy odpowiedni kontakt udaje się za którymś podejściem, dlatego uważam, że nie warto się zrażać pojedynczą wizytą u terapeuty, dietetyka lub lekarza. Kryteriów, względem których można dokonywać wyboru jest wiele: wykształcenie, doświadczenie, wiek, płeć, sposób pracy, forma współpracy… Większość moich pacjentów wybiera mnie jednak ze względu na to, że sama przeszłam przez zaburzenia odżywiania. Zawsze uważałam, że osobiste doświadczenia mogą być bardzo pomocne w pracy z chorym, ale nie sądziłam, że zostało to potwierdzone badaniami. A więc – dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy nadal chorują, a chcieliby w przyszłości zajmować się psychologią, medycyną lub żywieniem (więcej na temat takich wyborów tutaj). Potraktujcie to jako dodatkową motywację do zdrowienia, ponieważ macie realną szansę pomóc innym.

Badania zostały przeprowadzone w 2016 roku w Holandii i objęły 24 terapeutów wyleczonych z zaburzeń odżywiania oraz 205 pacjentów w trakcie leczenia. Za pomocą kwestionariuszy od obu stron zebrano opinie na temat współpracy pacjenta z terapeutą „po przejściach”.

Z punktu widzenia pacjentów

Pojawiały się też wypowiedzi dotyczące kwestii mniejszego poczucia wstydu w rozmowie z takim terapeutą i łatwiejszego przekazywania swoich myśli i uczuć. Ale żeby nie było tak różowo, 11% pacjentów zauważyło też negatywne aspekty terapii z takimi specjalistami. Były to negatywne porównania ze specjalistą („jej się udało, a mi się nie udaje, więc jestem gorsza/gorszy”) i zbyt bliska relacja z nim. Do każdego z tych odczuć przyznało się po 2% badanych.

Z punktu widzenia terapeutów

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że 100% terapeutów uznało swoje osobiste doświadczenia z zaburzeniami odżywiania jako pomocne w pracy z pacjentami. Najczęściej wymieniano:

  • łatwiejsze nawiązanie silnej i bazującej na zaufaniu relacji z pacjentem
  • większą wiedzę na temat zaburzeń odżywiania
  • możliwość bycia dla pacjenta wzorem do naśladowania
  • większą empatię

Tutaj też wynikło kilka „ale”. 67% terapeutów przyznało, że osobiste doświadczenia mogą przysparzać problemów w terapii, m.in. sprawiać, że terapeuta w ocenie pacjenta za bardzo opiera się na własnych domysłach, zbytnio angażuje się emocjonalnie w terapię i odczuwa zwiększoną odpowiedzialność za pacjenta.

W dalszej części badania specjaliści wypowiedzieli się też na temat tego, jak w ich opinii najrozsądniej jest używać swojej wiedzy opartej na doświadczeniach, gdzie postawić granicę między tym, co mówić pacjentowi, a tym, co zachować dla siebie. Jeśli są to interesujące dla Was kwestie, polecam przeczytać całość artykułu. Znalazłam też badania na podobny temat, świeżutkie niczym bułeczki, ale niestety jeszcze niemożliwe do przeczytania. Jeśli uda mi się je zdobyć, na pewno zaktualizuję ten wpis.

Co prawda badania dotyczące terapeutów, czyli osób, które w pracy znacznie bardziej skupiają się na sferze psychicznej, niż dietetycy, ale mam głęboką nadzieję, że w przypadku specjalistów od żywienia wyniki byłby podobne. Praca z pacjentami z zaburzenia odżywiania wymaga specyficznego podejścia, zrozumienia dla rozmaitych niecodziennych zachowań i zachcianek, łączenia w całość ledwo dostrzegalnych sygnałów i zadawania „trudnych” pytań. Sama staram się, żeby w rozmowie z pacjentami traktować wszystkie tematy na równi i nie dawać odczucia, że jakiś z nich jest wstydliwy. Czasem rozmawia się o porcji jedzenia, czasem o samopoczuciu, czasem o wymiotach, a czasem o kształcie i kolorze kupy i ewentualnych znaleziskach w niej (tak właśnie jest).

Wnioski: jeśli jesteście na etapie szukania osób, które miałyby pomóc Wam lub Waszym bliskim w drodze do zdrowia, spróbujcie poszukać osób, które zaburzenia odżywiania mają za sobą. Z kolei jeśli sami macie doświadczenia z takimi specjalistami, chętnie poznam Wasz punkt widzenia. 🙂

Źródło: De Vos J., Netten C., Noordenbos G. Recovered eating disorder therapists using their experimental knowledge in therapy: A qualitative examination of the therapists’ and patients’ view. Eating Disorders 2016, 3: 207-223


Książki o zaburzeniach odżywiania: Zaplecze

Chyba każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z zaburzeniami odżywiania, szukał książek lub filmów, w których mógłby odnaleźć swoją historię. Chociaż niektóre z nich poleciłabym również tym, którzy nigdy nie mieli z nimi bliższej styczności – właśnie po to, żeby lepiej je zrozumieć. Jedną z nich jest właśnie dość mało znane „Zaplecze” Marty Syrwid.

Swój egzemplarz mam od 10 lat. Trafił do mnie w jednym z najcięższych momentów mojej choroby, o czym cały czas przypominają mi pozakreślane cytaty. Kiedyś traktowałam je jako górnolotne wytłumaczenia dla anoreksji, coś, co mogłoby usprawiedliwiać niszczenie swojego ciała i nadawać mu głębszy sens. Fragmenty wykorzystałam nawet w pracy pisanej na Olimpiadę Języka Polskiego i Literatury. Obecnie zdarza mi się odnajdywać podobne motywy zachowań u swoich pacjentek.

Książki o zaburzeniach odżywiania niestety dość często powielają bardzo podobne schematy. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu u wielu chorych powtarzają się pewne wspólne elementy, ale z drugiej – ile można czytać bardzo podobne do siebie historie, opowiedziane w bardzo podobny do siebie sposób? W „Zapleczu” również przewijają się utarte schematy, charakterystyczne dla chorych na anoreksję: nadmierna ambicja, problemy w relacjach z rodzicami, osamotnienie, lęk przed dojrzewaniem. Tym, co je wyróżnia jest za to narracja. Zamiast spójnych, pełnych zdań mamy coś na kształt nieco chaotycznego potoku myśli głównej bohaterki. Z jej monologu wyłania się historia choroby i relacja z mityczną Aną, ale też smutny obraz szarej, blokowej, polskiej realności, zapewne bliskiej wielu z nas. Nic nie jest ugrzecznione. Zdarzają się i przekleństwa, i opisy praktyk takich jak przeżuwanie i wypluwanie jedzenia. Dla kogoś, kto sam nie chorował, wiele z tych myśli może być absurdalnych i trudnych do zrozumienia, ale przecież i samym chorym czasem ciężko odróżnić myśli własne od tych napędzanych chorobą. Ba, nierzadko wykluczają się one wzajemnie.

Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu i dziewczynach z kłębka, muszę rozładować siebie, zmarnować baterie.

Staję się wyizolowanym działaniem matematycznym. Zawieszonym w próżni. Długim. Ciągnę się w nawiasach aż do teraz. Od sześciu lat dodaję kolejne cyfry, doświadczenia. Skuteczniejsze diety. I zestawy ćwiczeń na piękne ciało. (…) Kiedyś przyjdzie czas na „równa się”. Skończę wtedy proces dopracowywania mnie. (…) Będą się mnie bać. Mówić szeptem, że jestem piękna.

Na pewno muszę wspomnieć o tym, że „Zaplecze” to nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem (choć ostatnie zdanie pozostawia furtkę do takiego rozwoju wydarzeń). Nie ma w niej też odpowiedzi na to, jak właściwie poradzić sobie z anoreksją. Dlatego nie jest to raczej najlepszy wybór dla tych, którzy sami aktualnie walczą (tym wszystkim polecam Obsesję Piękna). Jeśli jednak zaburzenia odżywiania macie już za sobą (lub prawie za sobą), cierpi na nie ktoś z waszych bliskich, lub sami pracujecie z takimi osobami – „Zaplecze” z pewnością pomoże „wczuć się” w to, co czuje chory.


Wegańskie ciasteczka marchewkowe

Kolejne proste do zrobienia wegańskie ciasteczka. Tym razem głównym składnikiem jest marchewka, której zawdzięczają swoją mięciutką strukturę. Używając bezpiecznych płatków, proszku do pieczenia i zamieniając mąkę, możecie przygotować wersję bezglutenową.

Na około 15 ciasteczek:

  • 2 duże marchewki
  • 1 średni banan
  • 1,5 łyżki oleju (np. rzepakowego lub słonecznikowego)
  • 2 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • 8 łyżek płatków owsianych
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Marchewki ścieramy na tarce o małych oczkach. Banana rozgniatamy widelcem. Wszystkie składniki miksujemy. Łyżką nakładamy porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 20 minut w 180 stopniach. Po ostudzeniu delikatnie zdejmujemy z blachy.

1 ciasteczko zawiera:

  • 36 kcal
  • 0,85 g białka
  • 0,4 g tłuszczu
  • 7,8 g węglowodanów


Ciasteczka z komosy ryżowej

Miękkie, czekoladowe ciasteczka z komosy ryżowej. Nie tylko wegańskie, ale i bezglutenowe (jeśli oczywiście użyjecie bezpiecznych płatków owsianych i proszku do pieczenia). Przepis (z moją małą modyfikacją) pochodzi z książki Łowcy Smaków – Cztery Pory Roku.

Na około 15 ciastek:

  • 50 g komosy ryżowej
  • 40 g masła orzechowego (ok. 2 łyżki)
  • 2 łyżki syropu daktylowego/z agawy/klonowego
  • 1 duży banan, obrany i pokrojony w kawałki
  • 2 łyżki kakao
  • 1,5 łyżki płatków owsianych
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropli soku z cytryny

Komosę płuczemy na sicie i gotujemy w dwukrotnie większej ilości wody. Odstawiamy do ostudzenia, a następnie miksujemy z resztą składników. Masa będzie dość rzadka.

Łyżką nabieramy porcje masy i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 175 stopniach przez około 20 minut. Po upieczeniu czekamy, aż całkowicie wystygną i zdejmujemy z blachy.

Wartość odżywcza

1 ciasteczko zawiera:

  • 50 kcal
  • 1,3 g białka
  • 1,6 g tłuszczu
  • 2,5 g węglowodanów

Jak zacząć uczyć się rosyjskiego?

Zawsze podkreślam, że znalezienie i wcielanie w życie swoich pasji jest jednym z ważniejszych elementów procesu wychodzenia z zaburzeń odżywiania. W moim przypadku jedną z nich była nauka przepięknego języka rosyjskiego. Jeśli kiedykolwiek myśleliście sobie, że fajnie byłoby znać te dziwne literki zwane cyrylicą, a z kultowych piosenek t.A.T.u. rozumieć coś więcej, niż „nas nie dagoniat”, a póki co nie możecie sobie pozwolić na naukę pod okiem nauczyciela, ten tekst jest dla Was.

Kup zeszyt w 3 linie i naucz się cyrylicy

Tęsknisz czasem za pisaniem w zeszycie z 3 liniami, jak za czasów pierwszej klasy podstawówki? Masz fantastyczną okazję przenieść się do tamtych beztroskich chwil, ponieważ de facto czeka cię nauka pisania zupełnie od nowa. W internecie z łatwością znajdziesz cyrylicę i odpowiadające jej polskie litery, więc do tego kroku nie potrzebujesz nawet żadnego podręcznika. Początki są najtrudniejsze, więc nie zrażaj się, jeśli nie wciąż będziesz zapominać, że rosyjskie „r” wygląda dokładnie jak nasze „p”, a „u” jak nasze „y”. Z czasem w mózgu wykształci ci się przełącznik, który będzie pozwalał szybko przestawić się w tryb czytania i pisania w cyrylicy. Pisz, co tylko wlezie – zapisuj cyrylicą swoje imię, nazwisko, imię kota, psa i wszystko co tylko przyjdzie ci do głowy. Uwaga – litery drukowane i pisane czasem znacząco się różnią. Jeśli poniższy obrazek nie ostudził twojej woli walki, przejdź do następnego punktu. 🙂

Przygotuj materiały

Wybór kursów do nauki rosyjskiego jest wystarczający, żeby wybrać coś, co nam najbardziej odpowiada. Wydaje mi się, że moim pierwszym zakupem był kurs z płytami audio. Wymowa w nauce rosyjskiego jest niesamowicie ważna, więc polecam wydania z płytami. Zwracajcie również uwagę na to, czy w słowach zaznaczony jest akcent, który w przypadku rosyjskiego jest ruchomy i złe zaakcentowanie słowa może zmienić jego znaczenie: w rezultacie, zamiast „ja płacę” powiecie „ja płaczę”, a zamiast „uczę się pisać” – „uczę się sikać”. 🙂

Oprócz tego wrzuciłam do internetu ogłoszenie, że przyjmę wszelkie materiały do nauki tego języka. Dość szybko zgłosiła się pani, która obdarowała mnie całą siatką podręczników i czytanek z czasów szkolnych moich rodziców, kiedy to rosyjski był obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Tego typu starsze materiały również są bardzo przydatne. Należy jedynie pamiętać, że aktualnie nie nazywamy już nikogo „towarzyszem”. 🙂

Wykorzystaj social media

Zamiast bezmyślnie scrollować Facebooka i Instagrama, zacznij obserwować konta poświęcone nauce rosyjskiego. Nawet jedno nowe słówko dziennie powiększa zasób leksykalny. Ze swojej strony polecam:

Chcesz szybko sprawdzić, gdzie pada akcent w jakimś słowie? Z pomocą przychodzi russiangram. Odmiana danego słowa przez przypadki? Wikislowar. Oczywiście w obu przypadkach przyda się zainstalowana rosyjska klawiatura. W przypadku smartfona korzystanie z niej jest prościutkie, w przypadku komputera polecam dokupić naklejki z literami, które przykleicie na klawisze. Life hack: ostatecznie zawsze zostaje wpisywanie słów w okienku google tłumacza.

Poszukaj native speakera

Śmiało mogę stwierdzić, że mam najlepszą na świecie nauczycielkę rosyjskiego. Do dzisiaj korzystam z prywatnych lekcji i uważam, że to najlepszy sposób na szybką i efektywną naukę. Warto wykorzystać fakt, że Polsce mieszka coraz więcej obywateli Białorusi (którzy oczywiście mówią po rosyjsku) i Ukrainy.

Obcuj z językiem

To akurat żadna niespodzianka. Nie ma lepszego sposobu nauki, niż po prostu codzienne użytkowanie języka. Odważnym polecam np. zgłoszenie się na przewodnika turystów ze wschodu poprzez Couchsurfing (uwaga: wiele osób z Rosji/Ukrainy/Białorusi dość słabo mówi po angielsku). Wolisz wariant luksusowy i nie przeszkadzają ci absurdalne ceny wiz? Pojedź do rosyjskojęzycznego kraju (uwaga nr 2: zachodnia Ukraina, m.in. Lwów nie jest rosyjskojęzyczna – tamtejsi ludzie w większości rozumieją rosyjski, ale niechętnie rozmawiają w tym języku).

Nie muszę też pewnie wspominać o słuchaniu rosyjskiej muzyki albo oglądaniu rosyjskiego YouTube’a. Od siebie polecam też rosyjskie memy, które przy okazji przybliżają realia życia w Rosji i poszerzają znajomość slangu. Oczywiście spora część z początku może być niezrozumiała (tak jak dla obcokrajowca chociażby nasze żarty z cebulą).

Wyposaż się w chusteczki

Przydadzą się do ocierania łez, kiedy dojdziecie np. do odmiany liczebników albo wkuwania, kiedy używamy biernika, a kiedy dopełniacza. Jak to powtarza moja pani nauczycielka – w rosyjskiej gramatyce nie ma co doszukiwać się logiki, bo po prostu jej tam nie ma. 🙂